piątek, 19 grudnia 2014

Merry on!

"Święta, święta i po świętach"  - tak zazwyczaj kończą się rozmowy polaków o Bożym Narodzeniu. 
W kraju, w którym stanowcza większość deklaruje, że wyznaje wiarę i to zazwyczaj katolicką święta kojarzone są jednak coraz częściej z marketingową nagonką na konsumenta, stresem w ulicznych korkach, niechęcią do zapraszania co niektórych gości na zasadzie "bo wypada" i żywym karpiem miotającym się w reklamówce.
Ci sami ludzie mają sto dylematów: "do kogo pojechać na wigilię?", "Najpierw kolacja u mamusi czy u teściowej?", "Jeśli tu posiedzimy dwie godziny, a u drugich jednak trzy to ci pierwsi się obrażą", "Spakować pod choinkę zestawy kosmetyczne czy podarować każdemu indywidualnie jakiś podarunek?", no i kluczowe: "Obejrzeć Kevina, czy nie obejrzeć?"....

Stop!

Gdzieś wśród całej tej pseudo-świątecznej otoczki w postaci na siłę kupowanych prezentów, pomrukiwania w kolejkach w sklepie mięsnym "no co za pinda, zgarnęła mi ostatnie polędwiczki sprzed nosa!", przeklinania pod nosem z powodu nieudanego wypieku i besztania bezbronnych mężczyzn za "nie tą śmietanę!" krąży sobie ta świąteczna atmosfera, krąży i krąży i zadomowić się nie może, bo ludzie jacyś tacy zdziczali, w szale jakimś jakby, czy co? 

Prawda jest taka (być może tylko moja): zamiast to my spędzać święta, one spędzają coraz częściej sen z naszych powiek. Nim się zaczną - niemal się kończą. 

Pomimo, że temperatura za oknem nie zachęca (tak, tak, jestem wielbicielką mrozów) - wskazuje jakieś dziesięć na plusie - w tym roku nie podpisuję się pod ów listą dylematów, zamierzam spędzić tegoroczne święta jaknajświętniej się da, nie myśląc o przemijającym czasie, nie myśląc o pracy, ani o zmartwieniach. 
Ten czas chcę spędzić z bliskimi, grając w gry planszowe i oglądając stare filmy na vhs o wdzięcznym tytule "kaseta rodzinna", wspominając przy tym święta ze śniegiem i kaszubskimi kolędnikami w tle, którzy w wieczór wigilijny nawiedzali nasz dom, śpiewając i tańcując przy tym - przy okazji: pozdrawiam tego kaszubskiego diabła, przed którym jako dziecko miałam niezłego cykora :)

Tak więc ckliwie kończąc ten post: kochajcie się i miłujcie - nawet jeśli to znaczy to samo - nie tylko na święta i Wesołego Alleluja! 

Damn! To nie ta bajka, więc













czwartek, 11 grudnia 2014

Balsam dla duszy







O ile w życiu generalnie kieruję się zdrowym rozsądkiem (no, przynajmniej bym chciała), o tyle odpuściłam sobie pisząc ten post. Zazwyczaj bywa tak, że pozwolenie swoim emocjom na zawładnięcie rozumem kończy się na ogół raczej spontanicznymi, często dość nieoczekiwanymi efektami. Kiedy ogarniają mnie te dobre emocje, nie zastanawiam się nad nimi specjalnie, lecz pozwalam się im "dopieszczać", w sercu gra muzyka, a dusza właśnie otrzymuje przysłowiowy balsam. Przeważnie, pewnie jak każdy, intensywnie reaguję na te gorsze emocje, wywołane bodźcami z zewnątrz, a niekiedy nawet porannym spojrzeniem w lustro :) - żarcik taki. Moją duszę ogarnia wtedy jedna, wielka toksyna, więc natychmiast sięgam  po kilka sprawdzonych antidotum, które może i tobie pomogą w odzyskaniu wewnętrznego spokoju.

 Detoks dla duszy:

Wypompuj emocje.
Świetnym, sprawdzonym sposobem na ogarnięcie emocji jest sport. Wiem, wiem - Ameryki nie odkryłam, ale uwierz mi, za każdym razem kiedy wybieguję agresję czy niepokój nie mogę wyjść z podziwu dla efektywności takiego treningu! Ciało zmęczone, ale duch o wiele spokojniejszy.

Ciepłe kąpiele w olejkach.
Tu powiela się rada na zimowy detoks ciała, jak wiesz - "w zdrowym ciele, zdrowy duch".

Czytaj wiersze.
Najpiękniejsze liryki Leśmiana czy wiersze Szymborskiej potrafią nieźle otulić duszę po najgorszym nawet dniu. A może sam/-a coś napiszesz?

Wpatruj się w ogień w kominku, lub w płomień świecy.
Skup się na jego cieple, czerp z niego spokój i siłę na przegonienie wszystkich złych emocji, które w tobie drzemią. Otwórz serce na ciepło.

Jazz. Bossa nova. Soul. 
Wsłuchaj się w głębokie tony, niskie głosy i ciepłe treści muzyki. Pozwól im się pieścić.

Unikaj toksycznych ludzi, a tym, których niezależnie od sytuacji nadal musisz spotykać daj powód, by sami zaczęli Cię unikać. I tak rodzi się święty spokój.

Jeśli jednak powodu nie znajdziesz, pomyśl choć jedną ciepłą myśl o osobie, której nie lubisz - wersja dla odważnych: podaruj jej coś lub zaproś na kolację. Uwolnij tym samym toksyczne emocje.

Zrób dobry uczynek.
Niech wejdzie ci to w nawyk. Czas przedświąteczny to idealny moment na szlachetność, podnieś nos znad tableta, smartfona i rozejrzyj się wokół - może ktoś właśnie czeka na twoją pomoc?

"Mówimy za dużo, kochamy za mało".
To zdanie przeczytałam gdzieś w sieci w tym tygodniu i bardzo mnie poruszyło. Nie pozwól, by twój profil na fejsie dostawał więcej "serduszek" niż ty na codzień.

Odetchnij.
O Dziewięciu Oddechach Oczyszczających przeczytałam po raz pierwszy w książce Agnieszki Maciąg "Smak szczęścia" i często, zazwyczaj przed snem, uspokajam w ten sposób swoje skołatane emocje. Bardzo polecam ten rodzaj oczyszczenia, jeśli chcesz spróbować, zajrzyj tutaj: 

Dziewięć Oddechów Oczyszczających


Poszukaj duchowego przywódcy.
To, że jestem niewierząca nie znaczy, że nie jestem uduchowiona - wręcz przeciwnie, uwielbiam te mistyczne chwile kiedy zwiedzam puste świątynie czy spaceruję po cichym cmentarzu wieczorem. Wciąż poszukuję jednak przywódcy, dzięki któremu mogłabym tej swojej duchowości jeszcze bardziej doświadczyć, poczuć coś nowego i odnaleźć swój wewnętrzny spokój.


Mam nadzieję, że mój cykl detoksowy zachęcił cię do wyciszenia się przed tym co najpiękniejsze tej zimy - wspólnym celebrowaniem Świąt w gronie najbliższych, a jeśli świąteczne dni przyjdzie ci spędzać z dala od tych, których kochasz, napisz do nich list - nie taki cyfrowy, lecz przelej swą tęsknotę na papier, jak kiedyś i wyślij. Może to brzmi staroświecko, ale w Święta Bożego Narodzenia możemy być trochę staroświeccy i tradycyjni. A jeśli nie zdobędziesz się na odwagę, by napisać do bliskiej osoby, napisz do mnie ;)


czwartek, 4 grudnia 2014

Open your mind - detoksu ciąg dalszy








Z myślami to jest przeważnie tak, że są. 

Ale wymyśliłam! :D

A tak na serio, to pomyśl sobie teraz, kiedy ostatnio zrobiłaś/-łeś sobie przerwę w myśleniu? No właśnie... Wszystko co nas otacza zmusza nas do myślenia, obojętnie czy nam się akurat chce czy nie chce. Myślimy, snujemy plany, marzenia, zastanawiamy się, mózg non stop "on". Nie wyłączysz myślenia, nawet w nocy mózg zmaga się z milionami myśli, trawi je, sortuje. Żeby pomóc umysłowi odprężyć się, zaproponuj mu detoks. 
Nie piszę tu o zresetowaniu czy odmóżdżeniu, co powszechnie czyni zapewne spora część naszego społeczeństwa w każdą sobotę wieczorem, lecz o znalezieniu chwili dla dopieszczenia umysłu, uspokojenia myśli, relaksu... Na co świetnie reaguje nasza głowa zwłaszcza zimą? Na czapkę - z pewnością, lecz żeby trochę odpuścić sobie w te krótkie dni i długie wieczory mam kilka propozycji. 

Detoks dla umysłu:

Po primo: KSIĄŻKI! Tu nie zaskoczyłam :) Książki to fantastyczny sposób na oderwanie się od codzienności i fantazjowanie, zatem ludzie, czytajcie książki!

Pisz. Czy wiesz, że Finlandia wycofuje naukę pisania ręcznego w szkołach?! Dramat! Nie wyobrażam sobie pisać do końca życia wyłącznie po klawiaturze. Spraw sobie jakiś piękny notes i spisuj swoje myśli, wyrzucaj na papier złość, bunt i gniew. Spróbuj opisać dzień wierszem, baw się słowami, to otwiera umysł i uspokaja. 

Muzyka. Relaks, relaks i jeszcze raz relaks. Zimą proponuję zrezygnować z ciężkich, metalowych brzmień, dudniących basów czy letniego reagge. Długie wieczory są wspaniałą okazją by wsłuchać się w teksty piosenek z najnowszej płyty Meli Koteluk, Natalii Kukulskiej, Skubasa czy przypomnieć sobie "Zimowe piosenki" Andrzeja Piasecznego. Od siebie tylko dodam, że moje jesienno-zimowe skojarzenia krążą wokól jazzu i bossa novy, więc od rana do wieczora, w pracy czy w domu bujam się w rytm muzyki z radia zet chilli - jest mi błogo.

Rozmowy przy kubku herbaty. No ok, kawy też. Długie wieczory sprzyjają zwierzeniom. Spotkaj się z przyjacielem, siostrą czy inną ukochaną osobą, pijcie grzańca i rozmawiajcie do późnej nocy! A może masz tyle odwagi, by zaczepić nieznajomą osobę na ulicy, w tramwaju czy w pociągu, zaprosić ją na kawę i zdradzić jej największe swoje tajemnice? Spróbuj...

Sport. Nie tylko dla ciała, ale i dla głowy! Dotleń mózg podczas zimowej przebieżki, czy marszu nordic walking. Założ narty i leeeeeeeć, Adam, leeeeeć!!! (Poniosło mnie... Prawie jak niegdyś Adama ;) )

Medytuj. Módl się. Twoja głowa będzie ci za to wdzięczna.

Teatr. Aż wstyd się przyznać, ale nie pamiętam kiedy byłam ostatni raz w teatrze, a Ty? Zafunduj swojej głowie ambitny relaks, zaznaj trochę kultury zimą.

Kino. Wiadomo - relaks w czystej postaci. Tylko zostaw ten popcorn!

Usiądź przy biurku, skup się i stwórz listę Postanowień Noworocznych! Przemyśl czego chciał/-abyś dokonać w nadchodzącym roku, dokąd pojechać i z kim odnowić kontakty.

Wyłącz się. Jak już wspomniałam - myślenia nie wyłączysz, ale internet, kablówkę i wszystkie inne "zaśmiecacze" umysłu - tak. Spróbuj zrobić sobie tydzień detoksu komunikacyjnego. Nie zaglądaj do fejsa, insta czy na pudelka. Twoje seriale i "Fakty TVN Kamil Durczok, dobry wieczór" przeżyją tę rozłąkę. A czy ty przeżyjesz??

Pięć Wdzięczności. Tuż po zgaszeniu światła przed snem wypowiedz na głos pięć zdarzeń, symboli minionego dnia, za które najbardziej jesteś wdzięczna/-y. Takie refleksje pomagają na dłużej zapamiętać miłe chwile. 

Zakochaj się. Po co czekać do wiosny? Zakochaj się na zimę! Uwolnij endorfiny w mózgu, bujaj głową w obłokach, załóż różowe okulary! Zamknij się z ukochanym/ ukochaną w sypialni i ...celebruj dłuuuugie, zimowe wieczory! 













czwartek, 27 listopada 2014

Detoks







Jak wiadomo jesień nie rozpieszcza, a tym bardziej przedzimie (mamy przedwiośnie, więc miejmy też przedzimie :) ). Czujemy się ospali, ociężali, smętni, pofałdkowani i szorstcy ( nie mam tu na myśli stanu skóry). Jesteśmy niezadowoleni z chłodu i otaczającej nas mglistej szarości, najchętniej nic tylko zawinąć się na przytulnej sofie z pilotem w ręku i przeczekać tak do wiosny. Po co czekać?! Otrzep się człowieku z tej mgły i zafunduj sobie świeży, jesienny detoks!

Pisząc to, mam na myśli taki detoks kompletny: multi-detoks, detoks-HD, 3D czy inne D. Pozbądź się toksyn z ciała, umysłu i otoczenia! Nie marudź, że "wychodzę z domu - ciemno, wracam do domu - ciemno" - nie jesteś w tej kwestii wyjątkowy, ta ciemność ogarnia wszystkich nas, a czasem nawet nasze umysły :)

Sposobów na to, by uwolnić się od ciężkiej, jesiennej atmosfery jest co niemiara. Stwórz sobie klimat lekki, niecodzienny, ciesz się z drobiazgów (nawet z uśmiechu pana w kiosku) - bo tych jesienią niemal w ogóle nie dostrzegamy. W domowym zaciszu lub na świeżym powietrzu możesz poczuć jak odpływają z Ciebie złe emocje, otworzyć się na te dobre i zacząć przygotowywać się na nadchodzący, świąteczny czas.


Detoks dla ciała:

Przed śniadaniem wypij ciepłą wodę z sokiem z połowy cytryny 
i plastrem imbiru - świetnie oczyszcza przełyk i usuwa toksyny.

Jesienno-zimowe śniadanko staraj się zjeść na ciepło - polecam owsiankę lub kaszę jaglaną z jabłkiem czy gruszką i orzechami, wariacji jest mnóstwo - szalej!

Wiem jak ciężko ruszyć tyłek z miękkiej sofy (przerabiałam to osobiście w zeszłym tygodniu), więc tym bardziej pokaż sobie, że potrafisz się zmotywować do ruchu! Nie pozwól, by Twoje ciało stało się przygarbione, miękkie i "faliste" - wyjdź na spacer, wyprostuj sylwetkę, poczuj lekkie szczypanie pierwszych przymrozków na udach i policzkach, pójdź na basen, pobiegaj, 
a wieczorem przed TV rozłóż matę i powyginaj się śmiało (twój mężczyzna z pewnością nie będzie miał nic przeciwko).

Karm swoje ciało tylko najlepszym jedzeniem, a uwierz mi, że ono Ci się odwdzięczy. Mimo nieustających pokus w postaci piernikowej krajanki, grzanego piwa, gorącej czekolady, tłustych żeberek postaraj się trochę odpuścić! Zamiast tych kalorycznych rarytasów zainwestuj w orzechy, awokado, łososia, wszelkie kasze, ciepłe, pożywne zupy, imbir, miód i gorzką czekoladę - rozgrzeją cię i zahamują apetyt na łakocie. (No dobra, a teraz tak na poważnie: w listę "kalorycznych grzeszków" wyjątkowo nie wliczam masła orzechowego - z przyczyn czysto nałogowych...)

Na podjadanie niezdrowych, tłustych smakołyków przeznacz sobie jeden dzień w tygodniu, łatwiej będzie ci utrzymać kontrolę.

Polecam na ten czas pożegnać się z jogurtami - podobno wychładzają organizm, lecz sama od czasu do czasu pałaszuję jogurt grecki z miodem i orzechami włoskimi, ot taki paradoks!

W okresie przedzimowym nie zapominaj o piciu! Wszelkie herbatki, ciepłe wody z imbirem czy miodkiem jak najbardziej wskazane.

Jeśli chodzi o pielęgnację, wiadomo, skóra w tym okresie dostaje najbardziej "po tyłku", więc obchodź się z nią szczególnie pieszczotliwie: odstaw chemiczne balsamy i wsmaruj sobie w ciało olej kokosowy, świetnie natłuszcza, idealnie nawilża i nie zatyka porów, przez które twoja skóra oddycha. Jesienią też nie zapominaj o regularnym pilingu - najlepiej tym eko: zmieloną kawę zmieszaj z cynamonem, oliwą, miodem i odrobiną wody -et voila! Piling jak się patrzy!

Kąpiel w parującej, pachnącej olejkami wodzie - tu komentarz jest chyba zbędny...

No i najważniejsze, drogie panie: mimo że kuse spódniczki poszły w niepamięć aż do lata, nie zapominajcie o depilacji, wiem że każde futerko zimą jest na wagę złota, ale tę działkę zostawmy jednak tylko panom, my lubimy tulić się do futerka, oni - stanowczo nie!

No doooobra....jeśli mimo wszystko dopadnie cię słabość i zalegniesz na tej sofie, to poszczyp się troszkę po brzuszku, po udach, pupie - ujędrnij skórę i poczuj każdy centymetr twojego cudownego ciała!

To tyle, jeśli chodzi o mój sposób na jesienny detoks ciała. Jeśli masz swoje, wypróbowane sposoby, podziel się nimi! Chętnie wypróbuję czegoś nowego, a  niebawem ciąg dalszy dla umysłu i emocji....





piątek, 14 listopada 2014

About death






Listopad z wiadomych względów kojarzy mi się przede wszystkim ze śmiercią i nie piszę tu o śmierci typu "szkieletowata pani w obdartej pelerynie z kosą" lecz o śmierci typu: co nieuniknione niech nie pozostaje krępującym tematem.

Śmierć nie jest nam obca, a jednak boimy się lub krępujemy o niej mówić. Kiedy umiera nam bliska osoba zadajemy sobie retoryczne pytania, popadamy w smutek, rozpacz, czasem w depresję. Z całym zasobem naszych pozytywnych życiowych doświadczeń i emocji  nagle zatrzymujemy się na dłuższą chwilę by te zasoby cisnąć w ciemny kąt naszej podświadomości by zrobić miejsce dla głębokiej zadumy i próby zrozumienia śmierci. Każda indywidualna jednostka społeczeństwa przeżywa śmierć bliskiej osoby niemal tak samo, a mimo to czuje osamotnienie i ból duszy, a otoczenie nie rzadko snuje się po kątach, bo nie wie jak pomóc. Otóż to - śmierć: tabu historia.

O ile narodziny celebrujemy z niepohamowaną radością o tyle o śmierci chcielibyśmy najchętniej zapomnieć, a się nie da, bo śmierć otacza nas zewsząd. Paradoksalnie jest częścią naszego życia, 
a nawet jego celem. Jak tylko poruszamy temat w towarzystwie to już słychać "odpukiwanie w niemalowane" czy przestrogi typu "życie ci niemiłe?!" - a to może i błąd, bo życie miłe jak najbardziej, więc dlaczego nie pogadać też miło o śmierci? Każdy z nas przecież wierzy(nawet jeśli nie wierzy), że po śmierci będzie mu lepiej. Jedni wyobrażają sobie białe chmurki, po których w blasku słonecznych promieni boso będą stąpać, drudzy planują kim bądź czym staną się po śmierci, a inni zaś wierzą w czarną, zimną otchłań bez światełka w tunelu. Jedno jest pewne: przyszedłeś, więc odejdziesz. Prędzej czy później ta chwila nadejdzie, zaplanowana czy z zaskoczenia - bez znaczenia. Tak jak termin narodzin ludzkość jest w stanie wyliczyć co do dnia, tak daty śmierci nikt nam nie wskaże, prawdopodobnie nie ośmieliłby się nawet. Ale skądś podświadomość ludzka wie jednak, że na każdego jest wyznaczony czas, czasem ten odpowiedni, czasem jednak "nie w porę" i w obu przypadkach tak trudno się nam z nią pogodzić... 
Jako, że jesień sprzyja refleksjom, pod ciepłym kocykiem z kubkiem herbaty w dłoniach, spoglądając na płomień świeczki spróbuj pomyśleć o niej życzliwie, tak ciepło, przyjaźnie, bo kto jak kto, ale śmierć niczym niewidzialny przyjaciel zawsze jest przy tobie....

piątek, 24 października 2014

O tym, że czas przecieka nam przez palce...a może to my się jemu wymykamy?

Czas - wiadomo, jest jeden, a mimo wszystko tak bardzo indywidualny, przynależny każdemu z osobna. Przywłaszczyliśmy go sobie, nie pytając o zgodę. Przeważnie mamy go za mało, czasami jednak zbyt wiele, wtedy zaczynamy rozmyślać o nim, o tym jak szybko mija, o tym jak - mimo, że w danej chwili mamy go dużo - wciąż nam go brakuje. Postrzegamy czas według swoich aktualnych przeżyć, doświadczeń. Mierzymy go "tu i teraz", z rzadka zastanawiając się co w tym samym czasie robi japończyk po drugiej stronie świata, bo przecież ta chwila, która właśnie trwa u ciebie, trwa również u niego. Być może w tym samym czasie poprawiacie okulary na nosie? - tego nie wiesz ty, nie wie japończyk, wie tylko Czas. 

Choć próbujemy go oszukać, nawet zabić, to sami go odmierzamy, a żegnając się ze światem role się odwracają i to on zaczyna odmierzać nam ostatnie minuty życia. Bywa pobłażliwy, uczy cierpliwości, lecz nagle przybiera oblicze bezlitosnego, nieodwracalnego. Jest nieprzekupny, bezdyskusyjny i próbuje nam uświadomić, że jest.... jedyny. 

Mitch Albom w swej książce "Zaklinacz czasu" to właśnie próbuje przekazać czytelnikowi. Przedstawia historie dwu kompletnie różnych postaci - nastolatki i mężczyzny w podeszłym wieku, których losy czas ze sobą połączy. Ich historie przybliżają czytelnikowi jak ważne jest "tu i teraz" i jak ważny jest czas. Mimo, że nie zwracamy na niego uwagi w naszej codzienności, to kiedy czujemy że przecieka nam przez palce zaczynamy błagać o więcej czasu.
Nie ma co namawiać cię na przeczytanie tej powieści, szkoda na to czasu - po prostu weź tę książkę do ręki w przytulny, jesienny wieczór i przeczytaj. Niech czas na chwilę stanie w miejscu...


















piątek, 10 października 2014

To be here, or to be there...?

Do każdego w życiu przychodzi w końcu Pan Moment. Puka dyskretnie w drzwi i wskazuje gestem zniecierpliwienia na swój zegarek. "Juz czas" - mówi - tzn. nie mówi, bo Pan Moment nie ma języka. Nie ma też ust, na swej facjacie posiada tylko oczy, z których da się przeczytać wszystko. Oczywiście nie wszyscy pewne treści potrafią lub chcą z tych oczu odczytać, ja długo się wzbraniałam, odwracałam wzrok, chowałam okulary, udawałam niewidomą i obierałam kilogramy cebuli, by tylko nie spoglądać w Jego oczy. Do czasu. Nieunikniony Pan Moment zjawił się w tym właśnie momencie, w którym chciałoby się głośno zakląć.
"Ja pieprzę!" - pomyślałam - akurat w tej chwili, kiedy właśnie wszystko zaczęło nabierać jakiegoś sensu i koloru postanowiłam to zmienić. Jak zwykle lubię sobie trochę namieszać, by nie było nudy w moim życiu. Pan Moment chyba również to lubi, bo zawsze się pojawia w nieodpowiednim wydawałoby się momencie!
Od iluśtam długich miesięcy stoję jak ta krowa na rozdrożu i pytam sama siebie "dokąd ja kuźwa zmierzam?!" po czym stawiam krok do przodu, a następnie dwa w tył. Dla pewności pytam zatem również bliskie mi osoby, te dalsze też i naturalnie każdy radzi mi po swojemu, chcąc dla mnie dobrze, a wiadomo jak kończy się to "dobrze" - stoisz dalej na tym samym rozdrożu i czujesz się wciąż jak ta sama krowa... W końcu uświadamiając sobie fakt, że z tak spontaniczną osobowością mogę liczyć tylko na swoją intuicję, zaufałam "zdrowemu rozsądkowi" (nie do końca jestem pewna czy takowy posiadam) i podjęłam decyzję: wracam do domu.
Tę decyzję podjęłam dużo wcześniej, już jak wyjeżdżałam do Niemiec wiedziałam, że i tak zechcę wrócić, lecz nagle przez ostatnie pół roku z miesiąca na miesiąc przekomarzam się z Panem Momentem, tłumacząc mu, iż to jeszcze nie ten moment, nie ten czas na powrót.

Po ciężkim roku i trudnych przeżyciach w końcu postanowiłam uporządkować bałagan w mej głowie (zaczęłam jednak od szafy z ciuchami), wzięłam głęboki oddech w płuca, pomachałam przeszłości we wspomnieniach i uśmiechnęłam się do tzw. jutra. Sytuacja wygląda następująco: czeka na mnie dobra praca w Polsce, wszyscy moi bliscy i puste mieszkanie. W Niemczech zaś mam już swoje wybiegane ścieżki, nowych znajomych, świetną pracę i ciekawie rozwijającą się znajomość z coraz bliższym mi "kimś".
Żeby było jasne: dziesięć lat temu wyprowadziłam się do Niemiec, lecz dość szybko dotarło do mnie, że to nie moje miejsce, pokochałam Hamburg na swój sposób, lecz nie czułam "tej chemii" między nami. Dziś tłumaczę to sobie niedojrzałością i nieprzerwaną pępowiną. Nie wyobrażałam sobie innego miejsca na Ziemi poza ukochaną Polską, ukochanymi Kaszubami! Powrót do domu przed czterema laty był niczym spełnienie pięknego marzenia, ziszczenie się najpiękniejszych snów! Zakochana w szarościach polskiej codzienności, w marudnych ludziach i wiecznie niezadowolonych paniach ekspedientkach z lokalnych sklepików osiedlowych czułam się jak w bajce! No, do czasu, kiedy po trzech latach postanowiłam w ramach pracy wyjechać ponownie do Niemiec. 
Et voilà! Znów tu jestem, ja pieprzę! Lecz zaraz, hola, hola, coś mi tu nie gra... Przez lata doświadczałam różnych wcieleń tęsknoty - raz motywowała mnie do wstania z łóżka wczesnym rankiem, innym razem zaś podcinała skrzydła i odbierała chęci do działania. Jedno jest pewne: tęskniłam permanentnie. I tęsknię wciąż. Za Ojczyzną, za rodziną, przyjaciółmi, lecz jakoś tak dojrzalej, bardziej świadomie niż kilka lat temu. Nawet polubiłam to uczucie, bo dzięki niemu częściej myślę o bliskich. Mimo wielu wątpliwości, wahań i wyliczaniu sobie wszystkich "za i przeciw" wciąż nie potrafię przyznać przed sobą dokąd tak właściwie należę. Podjęłam decyzję: wracam do domu, lecz już teraz nawet gdy walizka stoi spakowana wiem, że część mnie i tak należy do Niemiec i prędzej czy później po raz kolejny stanie przed moimi drzwiami Pan Moment, spojrzy wymownie na zegarek, a ja puknę znów palcem w swoje czoło, po czym i tak zacznę pakować walizkę...






poniedziałek, 6 października 2014

Myślę, więc jesień.

Propaganda "jesiennej deprechy" jak co roku o tej porze próbuje zostać wylana nam z komercyjnego wiadra na głowy. Od lat zatem rozkładam nad sobą zawczasu niewidzialny parasol by uchronić się od wciskanych mi co rusz bzdur jakoby jesień była najgorszą porą roku. Nie ma chyba bardziej idealnego momentu na to, by dać się ponieść refleksjom i marzeniom życiowym, pobyć blisko (jak najbliżej) z ukochaną osobą, posiedzieć na parapecie okna z kubkiem aromatycznej herbaty w dłoniach, upichcić ciepłą szarlotkę w kuchni, a potem zaprosić przyjaciół do jej wieczornego pałaszowania przy blasku świec. Ta pora roku skłania do zwolnienia tempa, które podkręcamy sobie zawsze latem, teraz mamy niepowtarzalną okazję by zatrzymać się, opatulić w ciepły sweter, założyć kapelusz i zabrać psa na spacer po kolorowym lesie. No dobra, kota też.

Z jesienią przychodzi mi do głowy bardzo wiele smacznych skojarzeń takich jak cynamon, imbir, orzechy włoskie, świeże jabłka czy powidła śliwkowe mojej mamy. Czuję wszędobylski zapach suszonych grzybów, dymu z rozpalanego ognia w kominku i tego z zewnątrz, z polskich, osmolonych kominów. Nawet teraz, wypisując te skojarzenia mam błogi uśmiech na buzi. Jest to ewidentnie moja najulubieńsza pora roku, kocham to uczucie chłodu, dreptanie w deszczu i błocie po mieście, zwłaszcza teraz, kiedy nabyłam w końcu porządne kalosze ;)
Jesień to ciepłe światło płonących świec, drożdżówka ze śliwką, latte z chili na wynos, wrzosy na parapetach, kasztany w wazonie i kapelusz na głowie.

Z początkiem października robię sobie przeważnie rachunek moich Noworocznych Postanowień - tak, tak, jeszcze o nich pamiętam :) Wypisałam je skrupulatnie w styczniowym mejlu do M. i  o dziwo, całkiem nieźle wypadłam:

1. chciałabym pojechać do Paryża, choćby na weekend
2. kupię samochód, bo wkurza mnie to pożyczanie od taty
3. przestanę przeklinać (a przynajmniej ograniczę)
4. skupię się na dbaniu o przyjaźnie
5. przeczytam więcej książek niż w minionym roku
6. kupię  przynajmniej jedną książkę w miesiącu
7. częściej będę chodzić w sukienkach
8 .będę uśmiechać się codziennie
9. Zapuszczę włosy


No dobra, przyznaję, co miesiąc książki nie kupiłam, ale zdarza mi się kupić pięć jednego miesiąca, więc traktuję to jako rozgrzeszenie. 
Bluźnienie rzeczywiście ograniczyłam do skromnego "ja pieprzę".
Włosy jako tako zapuszczam, sukienka jest, nawet dziś, 
uśmiech na twarzy za sprawą pozytywnych wydarzeń ostatnich kilkunastu tygodni  - gwarantowany, 
o przyjaźnie ciężko zadbać na odległość, ale się staram jak mogę, 

tylko co z tym Paryżem....












 





* Zdjęcia rudej w liściach zapożyczyłam od mojego kochanego brata - Wojtka Krause :)

środa, 1 października 2014

Andy Goldsworthy

Teraz będzie trochę o sztuce. O Sztuce Ziemi.

Zawsze jesienią przypominam sobie o tym artyście i jego fascynujących 
instalacjach - Andy Goldsworthy. 

Prace tego brytyjskiego artysty po raz pierwszy 
miałam okazję podziwiać w albumie Andy Goldsworthy z 1991 roku podczas warsztatów na studiach. 
Z wielu naturalnych przedmiotów takich jak kamienie, liście, sople lodu czy źdźbła trawy powstaje poprzez skrupulatną pracę artysty wiele fascynujących dzieł 
i instalacji, które zostają uwieczniane na fotografiach. Goldsworthy inspiruje i zachwyca swoją sztuką, jego dzieła można podziwiać jako stałe rzeźby, lecz wiele instalacji powstało wyłącznie jedyny raz i zostały przez artystę udokumentowane na fotografiach.

Osobiście uwielbiam Goldsworthy'ego za to, że tak spontanicznie inspiruje do wyjścia z domu i próbowania własnych "artystycznych" improwizacji w naturze. 
Jego sztuka również genialnie przekłada się na rozwój 
kreatywności u dzieci, zatem bierzcie swoje pociechy za rękę i pozwólcie tworzyć tym małym artystom z ogromną wyobraźnią, pora roku sprzyja!












 
Photos © Andy Goldsworthy

poniedziałek, 29 września 2014

In love with running



Na ten temat mogłabym rozpisywać się na dziesiątki stron. Bieganie. Kocham biegać. Uwielbiam eksploatować swoje ciało do granic, czuć to zmęczenie po treningu, drżenie nóg, wypełnione tlenem płuca, endorfiny szukające ujścia z głowy, chce mi się tańczyć, skakać, fikać fikołki!


Przygodę z bieganiem zaczęłam wiosną  2009 roku, mieszkając jeszcze w Hamburgu. Bez jakiegokolwiek ambitniejszego celu typu zrzucę 10 kilo czy przygotuję się do półmaratonu, postanowiłam kupić najtańsze buty do biegania, wciągnęłam na tyłek wyciągnięty dres i ruszyłam przed siebie. No dobra, po pierwszych 7 minutach myślałam, ze wypluję płuca. 5 minut zbawiennego marszu, potem kolejne 7 minut biegu i tym oto sposobem wybiegałam moje pierwsze 14 minut! :) Nieziemsko dumna z siebie to może nie byłam, ale czułam, że tak własnie powinnam zacząć tę przygodę. 

14 minut.


Za każdym razem kiedy słyszę opowieści początkującego biegacza o tym, jak to fantastycznie robi mu się 11 km w godzinkę i jakim to fantastycznym biegaczem nie jest - nie mam ochoty słuchać tej opowieści dalej. Gratuluję wszystkim początkującym rewelacyjnych wyników, wow! Od tygodnia biegasz i walisz 15 km co drugi dzień w najnowszych najkach za pięć stów, super! Problem w tym, mój drogi biegaczu, że za dwa tygodnie twój zapał wyparuje przez uszy i fikuśne najki pójdą w odstawkę, a sam stwierdzisz "z ciężkim sercem", że bieganie nie dla ciebie, bo coś strzyka ci w kolanach...Ot, dola świeżyny.

"bo biegać trzeba umić" - sama specjalistką nie jestem, nie uczestniczę w zbiorowych biegankach, nie kręcą mnie tłumy. Jeszcze. Biegam sama ze sobą. Po lesie, po asfalcie, po czymkolwiek tylko mi się chce. Odpowiedni strój do biegania kupiłam sobie dopiero po czterech latach, kiedy nabrałam pewności, że to właśnie mój sport. Nie obchodzą mnie komentarze typu "po co biegać po mieście, skoro wdycha się spaliny" albo "po co biegasz, skoro masz idealne ciało?!". Biegam bo lubię. Poza tym, że dobrze robi mi to na ciało, to genialnie robi mi to na głowę. Wybieguję swoje złe emocje, stresy z pracy, niepotrzebne "zawracacze" tyłka. Najszybciej biegnę jednak kiedy czuję nieposkromioną radość, zakochanie czy nadmiar innych pozytywnych uczuć. Kiedy jestem w obcym miejscu chętnie zwiedzam, pstrykam fotki jak nienormalna, pot kapie mi na powieki, szczypie w oczy, ale to nic, każdy zakręt odkrywa przede mną nowe ścieżki. Miewam oczywiście chwile niejednostajnego lenistwa: przeważnie srogą zimą, kiedy temperatura spada do -18 stopni, chodniki są tak oblodzone, że nic tylko zaciągnąć ciepły koc na głowę i przeczekać. Zdarzało mi się czekać tak nawet dwa-trzy miesiące! Szlag! Potem, przy roztopach rusz ten ospały tyłek - never ever! Ja pieprzę, znowu wszystko od początku...

No dobra, ja tu pitu pitu, a chciałam zwyczajnie zachęcić cię do biegania :) Po primo: kup sobie książkę Beaty Sadowskiej "I jak tu nie biegać!", przeczytaj i rusz się z przytulnej sofy.

Nie szukaj osoby towarzyszącej, nie rób wymówek typu "nie mam czasu" albo "przegapię kolejny odcinek mojego serialu na tvnie". Nie czekaj na poniedziałek, nie czekaj na wypłatę, by kupić sobie porządne buty czy legginsy. Załóż to co masz w szafie i spróbuj przebiec kilkanaście minut! Nie więcej, nie musisz być od razu kozakiem. Wsłuchaj się w swój oddech, skoncentruj na krokach! Jesień to cudowna pora na bieganie, temperatura nie doskwiera, a lekki deszczyk przyjemnie chłodzi twarz. 
No i te widoki! Powodzenia!


















środa, 24 września 2014

O przyjaźni





Obecność przyjaciół doceniam z pewnością najbardziej kiedy za nimi tęsknię. Wtedy nachodzą mnie najróżniejsze refleksje, potrzeby szczerej, głębokiej rozmowy, chęci wsłuchania się w tę drugą, bliską osobę, poznania jej myśli i najskrytszych marzeń. Wielu z nich odpuszcza już po dwóch godzinach spotkania, bo trening, bo mąż, dziecko, bądź kolejny odcinek serialu w tv. Rozmowy stają się wówczas streszczeniem dnia codziennego, zdania poubierane w najkrótsze słowa, niczym te wypisywane pospiesznie na fejsie czy innym cholerstwie. Jest jednak "światełko w tunelu", osoba wyjątkowa, jedyna, cierpliwa, nadająca na tych samych falach - M. 




Najpiękniejsze w historii naszej przyjaźni jest to, że mimo dzielących nas setek kilometrów, zawsze znajdujemy czas dla siebie. Ten czas jest wtedy taki wyjątkowy, należy tylko do nas. Przesiadujemy w przytulnych kawiarenkach, jedząc i popijając same pyszności opowiadamy o sobie godzinami. 
W naszych rozmowach nie ma krytyki, nie ma oceniania, są po prostu same pozytywne emocje 
i rady. Ta dobra energia udziela nam się tak bardzo, że po spotkaniu trzyma co najmniej tydzień! Nastraja pozytywnie na życie i daje mocnego kopa do działania! 

Z M. przyjaźnimy się już przynajmniej sześć lat. Przyznałyśmy niedawno, że nasza przyjaźń rozwijała się bardzo ostrożnie, ponieważ z natury obie na początku znajomości bywamy bardzo zdystansowane, lecz kiedy już otworzymy się przed tą drugą osobą, to tak na total-maximum. 

Mimo, że nasze spotkania nie są tak częste, jak byśmy tego chciały, to są bardzo intensywne :) Tym razem spotkałyśmy się w Bielefeld (Niemcy). Spontanicznie zaplanowałyśmy wspólny weekend, zarezerwowałyśmy nocleg w hotelu i wyruszyłyśmy w trasę, by po kilkuset kilometrach spotkać się w połowie drogi od naszych domów.

W M. uwielbiam jej ciepło i wrażliwość, którymi emanuje tak bardzo, że wręcz zaraża, jej pozytywne nastawienie do życia i chęć niesienia pomocy ludziom, tak bezinteresownie; wrażliwość na sztukę i kreatywność, która objawia się u M. począwszy od stroju poprzez sposób pracy z dziećmi, a na dekorowaniu wnętrza kończąc. 


Jest osobą, która słucha tak uważnie, że nie mogę powstrzymać się od gadania, genialnie potrafi doradzić i przede wszystkim nie ocenia. Wiem, że mogę liczyć na nią w każdym momencie mojego życia, rozumie i zna mnie jak nikt inny. 





Każdemu życzę takiego przyjaciela, tym bardziej że żyjemy w czasach, kiedy coraz trudniej o lojalność i zaufanie. Wszyscy pędzimy w jednym kierunku, często nie zwalniając tempa, a warto od czasu do czasu zatrzymać się na dłuższą chwilę, rozejrzeć wokół i napotkać tę bratnią duszę kryjącą się w spojrzeniu drugiego człowieka. 

Kocham Cię, M. i Ty dobrze o tym wiesz ;)

poniedziałek, 8 września 2014

First Date




No i się wydarzyło. Zestresowana tak, ze nic przełknąć nie mogłam przez cały dzień pojechałam w umówione miejsce. Nie byłabym sobą gdybym nie musiała po drodze zaliczyć kilku stresogennych sytuacji (jakby mi było nerwów mało): nawigacja, która „straciła” glos, impreza w samym centrum miasta, maraton jakiśtam, przez który zmieniono ruch drogowy, cała starówka wyłożona kostką brukową i ja w szpilkach. Zaparkowałam w jakimś parkingu podziemnym (nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jakim cudem tam wjechałam?!), kilka głębszych oddechów, uff…idę.
W obcym kraju. W obcym mieście. W obcych szpilkach (no dobra, kupiłam na tę okazję). W obce, sportowe cacko prowadzone przez obcego mężczyznę (no dobra #2: trzy razy się widzieliśmy) wsiadam ja. Z obcym telepaniem serca uśmiecham się uroczo 
i zaczynam się powoli rozluźniać.

Pierwszy raz od dziewięciu lat umówiłam się na randkę. Taką prawdziwą First Date. Była sukienka, były wspomniane, klasyczne szpilki i ulubiona, koralowa szminka na ustach. Był też On. Przystojny, elegancki, szarmancki, zabawny… Czarował niczym magik, niezłą musi mieć wprawę – pomyślałam.  Urocze trzy godziny w uroczej restauracji, kolacja, wino i saksofon w tle brzmiący najpiękniejszą melodią świata – „la vie en rose”. Dziesiątki wypowiedzianych zdań, setki słów, opisy rodzin, przyjaciół, nas samych… Wznoszone toasty to za spotkanie, to za znajomość, w końcu za nas.. Żadnych telefonów, żadnego nerwowego spoglądania na zegarek. Miliony endorfin, skrzydlatych niczym motyle i ten uśmiech. Mój, nie Jego! J To znaczy, Jego też.  Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle się uśmiechałam! I to zupełnie naturalnie! Po długim czasie poczułam się tak kobieco, seksownie. Czuję, że wracam J


piątek, 29 sierpnia 2014

Dobrze się czasem kompletnie pogubić, jeszcze lepiej się potem odnaleźć!







Ostatni rok przebiegał u mnie pod znakiem totalnego pogubienia. Często czytam na blogach czy w moich ulubionych kobiecych pismach historie kobiet, którym zdarzyło się utracić zaplanowany tor w życiu, zejść na chwilę (tudzież na więcej chwil) z obranej dotąd drogi, sięgnąć tzw. "dna" (emocjonalnego, materialnego, 

czy też innego), zatracić się w totalnej bezradności... Opisują życiowe perypetie, dramatyczne często zdarzenia, które doprowadziły je do głębokiej, wewnętrznej przemiany, 
do odnalezienia poczucia bezpieczeństwa i wreszcie 
do podniesienia wysoko głowy i stawienia czoła przeciwnościom losu. Czytając to zazdrościłam im tego uczucia, też chciałam coś zmienić, nawet próbowałam: stawiałam sobie nowe cele, planowałam cudowna przemianę (zazwyczaj w niedziele wieczorem, kładąc się do łózka z myślą "od poniedziałku będę inna, lepsza") - w poniedziałki nawet mi to całkiem wychodziło, zazwyczaj jednak cudowna przemiana nie doczekała choćby środy. Po tym ciężkim dla mnie roku przyznaję - żeby cokolwiek w sobie zmienić nie wystarczy chcieć, muszą się wydarzyć ku temu pewne przyczyny, by dostać solidnego kopa w tyłek. 

Zazwyczaj przyczyny bywają te same:

Utrata kogoś bliskiego
Rozstanie z partnerem
Uwikłanie w romans
Niestabilna sytuacja materialna
Depresja

No i dupa. (Przepraszam za wyrażenie, ale własnie to mi się pomyślało kiedy wypisałam sobie tę magiczną piątkę). Wszystkie moje próby by stać się lepszym człowiekiem sprzed pewnych wydarzeń wydają mi się teraz naiwne i nieprawdziwe. Po moich życiowych turbulencjach (także tych wewnętrznych) jestem skłonna podziękować światu (a zwłaszcza pewnym osobom) za to 

w jakie miejsce w moim życiu pomogli mi dotrzeć, piszę "pomogli", bo wiadomo: każdy jest kowalem... no.

Każda z nas reaguje inaczej na te same wydarzenia, jedno jest pewne: chcemy w labiryncie uwikłań odnaleźć siebie tę nowszą, lepszą. Nie będę tu wypisywać uczuć i emocji jakie towarzyszyły 

mi w ciągu tego roku, można się ich łatwo domyślić, lecz moja "wewnętrzna bogini" - jak to pięknie nazwała autorka cyklu powieści o przesympatycznym panu G. (osobiście nie urzekła mnie ta historia) - domagała się endorfin i zaciskała tę resztkę ocalałego optymizmu mocno w dłoniach. No i... nadszedł ten moment kulminacyjny przy kubku gorącej, świeżej mięty i rozkosznie brzmiącym głosie Sama Smith'a w tle. Przyczyn do zmian nazbierało się od groma, więc nie ma co zwlekać, nadszedł czas by uwierzyć we własne siły i zdać się na siebie! 


Jeśli czujesz podobnie, a brak Ci siły i odwagi by cokolwiek zmienić, to zrób szczery rachunek sumienia, podziękuj grzecznie (lub też nie) toksycznemu otoczeniu, następnie spójrz w lustro, uśmiechnij się do osoby, 
którą tam zobaczysz, wypnij pierś i potwierdź jej na głos, 
że zasługuje na wszystko co najlepsze od Ciebie!




  

piątek, 22 sierpnia 2014

Don´t require me to call you "mommy"

Staropolskim "Matkę ma się tylko jedną"  chciałabym niniejszym potwierdzić ową mądrą dewizę.
Jestem z tych, co na radosne "mów mi mamo i tato" od rodziców świeżo poślubionego męża zareagowało lekko skrępowanym aczkolwiek chętnym "dobrze, mamo!" - no i zaczęła się rodzinna idylla z teściami w tle... Człowiek nawet sobie sprawy nie zdaje jak szybko spada kurtyna dystansu za pomocą tych magicznych słów, nagle znajduje się pośrodku manipulacji i wszelakich gierek ze strony przebiegłej teściowej i  niemniej zmanipulowanego obserwatorium ze strony teścia. "Mamo i tato" zobowiązuje, nie ma co. W moim przypadku nie miało to pozytywnego wpływu na relacje z teściami, wręcz przeciwnie, czułam się pod presją tych słów, teściowa wymagała ode mnie bliskości i relacji, których poza moja "własną" matką nie byłabym w stanie dać żadnej innej, przyszywanej. 
Każde święta czy urodziny musiały być spędzane po "ichszemu", biada wyrazić swoja dezaprobatę - foch na kilka tygodni i wypominanie przez kilka następnych lat. Coraz częściej każde kolejne "rodzinne" spotkanie przebiegało w atmosferze sztucznych uśmiechów i naciąganych historyjek, po czym wszyscy rozchodzili się do własnych domów by obrobić tyłki towarzystwu.
Z czasem kiedy teściowej wnikliwe oko dostrzeże, ze jednak nie traktujesz jej jak własną mamę - o zgrozo! - pozamiatane. Pozostało ci tylko brać czynny udział w konkurowaniu z nią lub uświadomieniu mężowi o problemie z jego matką i zgadnij, czyją stronę obierze mężulek? Pamiętaj: zawsze stronę mamusi. Wtedy uświadamiasz sobie, ze zostałaś "tą złą", która pozwoliła sobie na wyznaczenie jego mamusi pewnych granic i niknie twoje poczucie bezpieczeństwa przy facecie, który pokazał ci kto pierwszy znajdzie schronienie w jego silnych ramionach.

Teraz, jako "mądry polak po szkodzie"  :) wiem jak uniknąć w przyszłości podobnej sytuacji:

1. Nie nazywać obcych ludzi rodzicami.
2. Zaproponować w przyszłości partnerom swoich dzieci by zwracali się do mnie po imieniu.
3. Się kurde po prostu nie hajtać*. 


*choć, kto wie...

P.S.
Żeby nie było: moi eks-teściowie to mili, dobrzy ludzie, lecz teściami są słabymi. Miałam wrażenie, że po rozstaniu milej mnie witają - do czasu - kiedy w publicznym miejscu eks-teść udawał, że mnie nie rozpoznaje...

Mimo wszystko pozdrawiam.

środa, 30 lipca 2014

Kwintesencja bezsensownosci

Życie czasami płata takie figle, że budzisz się pewnego pięknego dnia, słyszysz wesoły świergot ptaków, czujesz promienie słońca na buzi i ...chce ci się płakać. Ryczeć. Wyć.

Kochasz to swoje życie, chcesz czerpać z niego garściami jak kiedyś, uśmiechać się do ludzi, mówić im komplementy, czuć prawdziwą radość z każdej minionej chwili, stawiać sobie wyzwania, cele, planować, spełniać swoje marzenia. Twoi bliscy (i ci trochę dalsi) uświadamiają ci jak dobrze sobie masz, ile osiągnęłaś, jaka jesteś fajna, miła, sympatyczna, towarzyska, lubiana etc. Nakręcasz się na to wszystko w ciągu dnia, starasz się skupiać myśli na pracy, na ludziach, byle nie na sobie, uśmiechasz się, powiedzmy, szczerze, życzysz wszystkim tego co najlepsze, bo przecież naprawdę im tego życzysz, wiesz, że oni też ci życzą, czujesz, że jesteś dla nich ważna, lecz jednocześnie czujesz się tak strasznie samotna. Nie powiesz tego nikomu z obawy, że się obrażą. Sama nie rozumiesz skąd to uczucie, trwa już ileś tam miesięcy, więc dość oswojone, można by rzec - zaprzyjaźnione. Przed snem robisz sobie "rachunek wdzięczności" i obiecujesz, że od jutra witasz dzień z uśmiechem na twarzy, bo przecież tak bardzo kochasz życie. I budzisz się kolejnego pięknego dnia, ten sam wesoły świergot ptaków, te same ciepłe, przyjemne promienie słońca na buzi i to samo uczucie beznadziejności, brak wiary w siebie, brak poczucia bezpieczeństwa...chcesz płakać..ryczeć...wyć...

I tak kręci się kołowrotek. Wystarczy włożyć odpowiednią maskę na twarz, żeby nikt nie dostrzegł cierpienia. Bo to przecież wstydliwe tak cierpieć kiedy nie powinno się mieć powodów, ale Pani Depresja sama wie co się powinno, a co nie. Ona wyznacza kierunek dnia i nocy, na nic stawianie oporu czy propozycja kompromisów typu "pozwól mi być przez trzy dni szczęśliwą, a potem dalej panosz się w mojej duszy". Mogę postanawiać sobie co rano (na głos, żeby usłyszała), że koniec! basta! - lecz nie ja tu jestem Panią swego życia, o nie. Pani Depresja depcze własne ścieżki w moim ciele, neguje każdy mój pomysł, nie toleruje sprzeciwu. W przeciwieństwie do mnie jest asertywna. Za dobre zachowanie, czyli kumulację smutku i lęku nagradza mnie od czasu do czasu miłym snem, a nawet śmieje się ze mną do łez. To jej słabość. Ma też słabość do ludzi, aczkolwiek nie lubi tłoku, nie przepada też za tym, kiedy się o niej mówi - rumieni się gdy słyszy: "za dużo myślisz" czy "w dupie Ci się poprzewracało" - to ją wręcz rozwściecza do czerwoności i daje mi nieźle popalić, krzyczy do mnie "a nie mówiłam?! Tylko ja cię rozumiem!". 

Raz zapytałam Ją wprost, po jaką cholerę we mnie mieszka? Odpowiedziała, że z czystej sympatii. Lubi mnie taką waleczną, bojową. Raz pogroziłam Jej palcem, zaprowadziłam do specjalisty, pochodziłyśmy, pochodziłyśmy i stwierdziła, że przyda się jej urlop, zapragnęła zatęsknić za mną. Niczym rasowa urlopowiczka przysłała mi kartkę z wakacji, a po dłuższym czasie wróciła wypoczęta i rozgościła się w swoim cieplutkim, radosnym domku, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, że ów domek podczas Jej nieobecności znalazł nowych lokatorów - Pana Szczęście i Panią Miłość. Wstępna umowa z nowymi lokatorami została spisana, a Pani Depresja dostała wypowiedzenie i ma trzy miesiące na to by się wyprowadzić...

poniedziałek, 28 lipca 2014

Man, please be gentle!






Wyobraź sobie, że ówczesny mężczyzna zaprasza Cię na kolację. Podjeżdża pod dom, trąbi klaksonem, ty zerkasz przez firankę i łapiąc w pośpiechu torebkę wybiegasz z domu. Wsiadasz do samochodu, ruszacie. W radiu kolejny hit Pitbulla, więc on podkręca głośność tak, że musisz krzyczeć, by cię usłyszał. Dojeżdżacie pod "kebab u turka", muzyka cichnie, on wysiada i czeka zniecierpliwiony pod drzwiami tej uroczej knajpki aż wygramolisz się z jego sportowej furki. Wchodzi do środka, ty podążasz za nim i tak dalej po schodach do stolika na piętrze. Siadacie, zamawiacie, zajadacie. Rozmowa się klei, jest miło, przyjemnie, kilka razy wymykasz się do toalety, on wykorzystuje moment żeby "przelecieć" fejsbuka czy co tam innego ma w swej komórce, płaci, wychodzicie. Podjeżdżacie pod twój dom, pierdu-pierdu, miło było, cmok na dobranoc i wychodzisz z auta, a on odprowadza cię wzrokiem pod same drzwi.

A teraz wyobraź sobie, że są lata pięćdziesiąte. On podjeżdża pod twój dom, wysiada z samochodu, niosąc mały bukiecik róż zbliża się do drzwi. Otwierasz, całuje cię w rękę, wręcza kwiaty i mówi, że pięknie wyglądasz. Prowadzi cię do samochodu, otwiera drzwi - wsiadasz. W radiu cicho pobrzmiewa jazz, rozmawiacie o pięknym wieczorze, podjeżdżacie pod przytulną knajpkę. On wysiada, otwiera tobie drzwi samochodu i podaje rękę byś mogła z niego zgrabnie wysiąść. Prowadzi cię do restauracji, przepuszcza przez próg, podąża za tobą schodami w górę, pomaga zdjąć ci płaszcz i podsuwa ci krzesło. Za każdym razem kiedy wychodzisz poprawić makijaż wstaje od stolika. Po kolacji zawozi cię pod dom, pomaga ci wysiąść z samochodu i odprowadza cię bezpiecznie pod drzwi twojego domu by cię tam czule i szarmancko pożegnać.

Dzisiejsi panowie słysząc drugą wersję puknęliby się w czoło i powiedzieliby "się romantycznych filmów naoglądałaś", ale bajka to czy nie - wierzę, że tacy byli kiedyś mężczyźni i żałuję, że na hasło "dżentelmen" panowie dziś zamiast dumnym naprężeniem torsu reagują głośnym rechotem...


A dla tych, którzy chcieliby jednak kobietom zaimponować:    CYK

piątek, 18 lipca 2014

look up in the sky and dream...





Latem marzę najczęściej. Wtedy właśnie mam najwięcej odwagi by marzyć. Marzę zarówno o drobnych, przyziemnych rzeczach jak i o wielkich sprawach. Dziesiątki marzeń i snów przewijają mi się przez myśli, pobudzają wyobraźnię, kreatywność, przenoszą mnie w inny świat, a nawet w kilka światów jednocześnie. Moje ciało przeszywa przyjemny dreszczyk, czuję powoli rozkwitające we mnie endorfiny, jest mi tak błogo... Nie zawsze marzę z zamkniętymi oczami, wręcz przeciwnie, przeważnie patrzę w niebo, w jego wszechobecny błękit, nawet kiedy jest zachmurzone.

Bujam głową w obłokach, wyobrażam sobie, że tylko ja jestem w stanie pokierować siebie w te miejsca, gdzie już znajdują się moje myśli. Wierzę głęboko w to że z marzeń uda mi się stworzyć cele i znaleźć drogę do ich realizacji. Marzenia mnie determinują, motywują do działania. Doprowadziły mnie do punktu, w którym jestem i pozwalają dalej marzyć o powrocie do domu, o byciu samej sobie szefem, o samotnej wyprawie po Francji, a w końcu o podroży do Nowego Jorku. Wierzę głęboko, że uda mi się zrealizować te cele i zrobić w głowie miejsce na nowe marzenia..








  

czwartek, 10 lipca 2014

Słońce zza krat

                                             


                                                        Bo słońce ma kilka twarzy.

                                                        Bo każda ma coś do powiedzenia.

                                                        Bo nieistotne dlaczego się tam znalazły.

                                                        Bo ważne, że odnalazły siebie.

                                                        Bo to silne babki są.

                                                        Bo nie ma podziału na gorszy i lepszy.

                                                        Bo w każdej drzemie inna historia.

                                                        Bo mają marzenia.

                                                        Bo dobrze jest się wzruszyć.

                                                        Bo życie toczy się dalej.

                                                                           CYK

                               Gorąco polecam śledzenie tego bloga i pozdrawiam was, babeczki!

piątek, 4 lipca 2014

Bez względu którędy - najważniejsze byś dotarła do siebie



Jeśli właśnie (lub niewłaśnie) rozstałaś się z facetem, umarł Ci ktoś bliski, zostawiłaś dom, o którym długo marzyłaś i wyjechałaś niewiadomo dokąd i niewiadomo po co, jeśli  uważasz, że pieniądze są najważniejsze, że nie wiesz czego chcesz od siebie, jeśli miewasz nieuzasadnione napady agresji, jeśli nie potrafisz się od niepokojąco dłuższego momentu wzruszać, jeśli jestes na etapie przewartościowywania sobie życia, ustalania priorytetów, jeśli pierwszą myślą zaraz po przebudzeniu jest "ja pieprzę" to jest to książka especially for you.



Cheryl lekko nie miała. Po kilku latach kompletnego bałaganu spakowała plecak, pożegnała dotychczasowe życie i wyruszyła w ciężką wyprawę szlakiem Pacific Crest Trail. No i jak to na szlaku: przygód bez liku, miejscami wręcz niebezpiecznych, miejscami zabawnych. Cheryl spotyka ludzi na swej drodze, dzięki którym poznaje świat od tej życzliwszej strony, uświadamia sobie wartość małych, codziennych drobnostek, do których tęskni podczas wędrówki i przede wszystkim poznaje samą siebie.


Czytając tę książkę czułam się jakbym razem z nią przemierzała te setki kilometrów, od czasu do czasu robiąc sobie mini-przerwy na rozmyślanie o własnym życiu. Przyszedł również moment kiedy chciałam się spakować, zamknąć drzwi za sobą i wyruszyć w nieznane..





poniedziałek, 30 czerwca 2014

there is no God in my head





Swoje potyczki z wiarą w Boga mam już za sobą. Przez ostatnie dwa lata umacniała się we mnie pewność w niewiarę i nie ma to nic wspólnego z głębokim przeżyciem utraty mojego ukochanego piesia, ani tym bardziej z formą "buntu młodzieńczego" - bo na to już za stara jestem. Przestałam wierzyć, ot co.

Dziewięć lat temu z okazji zamążpójścia dostałam od moich już ex-teściów biblię. Pewnego razu coś mnie tknęło i postanowiłam przeczytać jej treść, z każdą kolejną przypowieścią wzbierała we mnie coraz większa fala wątpliwości w zapisane tam zdarzenia, co więcej - gniew opisywanego tam Boga wywołał we mnie uczucie sporego rozczarowania. Spalenie słońcem czy podtapianie ludzi za popełnione przez nich błędy?! sorry, ja tego nie kupuję. Z niesmakiem zamknęłam biblię i tak skończyła się moja z nią przygoda.

W religii nie jestem w stanie zrozumieć jednego: skoro Bóg jest tylko jeden to dlaczego ludzie wierzą w niego na dziesiątki sposobów i tak zaciekle walczą między sobą, by udowodnić, że to ich wiara jest tą właściwą? Sama wychowywałam się w Polsce, więc wiadomo, w duchu katolicyzmu, mimo że w domu nie było w ogóle ciśnienia na jakieś szczególne praktykowanie tej religii. Wiadomo, obrządki typu święta, sakramenty i pogrzeby i nic poza tym. Kiedyś sama bardzo wierzyłam w Boga, w anioły stróże, niebo i piekło. Mówiłam paciorek przed snem, święciłam koszyk w Wielkanoc, marzłam pod drzwiami kościoła podczas Pasterki. I to wszystko z pobudek czysto religijnych. Myślałam, że tylko jeśli będę pogodzona z boską wolą to będę w pełni szczęśliwa.

Mój brak wiary w Najwyższego wziął się tak naprawdę znikąd. Fakt, był to dłuższy proces, najpierw były wątpliwości, wiara kłóciła mi się z racjonalizmem, aż w końcu racjonalizm wziął górę. Zamiast w Boga zaczęłam wierzyć w ludzi. Zaczęłam doceniać ich nie jako istoty boskie, lecz jako racjonalne istoty kierujące się ewolucyjnie rozwijającym się mózgiem, tak zwyczajnie. Przemówiło do mnie to, ze pochodzę z postępów ewolucji a nie z zachcianek kogoś, kto mnie gdzieśtam ulepił na swoją podobiznę po to, by po jakimś czasie zesłać na mnie jakieś plagi czy "Bóg wie" jakie jeszcze inne cholerstwo. Nie przemawia do mnie rytualny mord bezbronnych baranków ku chwale, ani tym bardziej picie ich krwi w imię czegośtam. Tak samo jak chrześcijaństwo nie przemawia do mnie tez judaizm, hinduizm, buddyzm czy islam. Przeszkadza mi kategoryzowanie ludzi wedle ich wyznania oraz jednoczesna dyskryminacja innych wiar oraz częsty brak etyki u przedstawicieli tych wyznań. Ludzi postrzegam według ich poczynań, to oni kreują rzeczywistość, ustalają normy i wartości. Nie obchodzi mnie czy są homo czy hetero, orientacja seksualna nie jest dla mnie wyznacznikiem osobowości, w jakimś stopniu ją zapewne kształtuje, ale z pewnością nie tak bardzo jak otoczenie. Za własne błędy odpowiadam sama w stu procentach i nie ma opcji, bym obcemu człowiekowi, który nie wie o mnie nic miała zwierzać się z nich i czekać na krytykę lub osąd. Od zwierzeń mam przyjaciół i kochane rodzeństwo. Wierzących, agnostyków i ateistów traktuję tak samo, wierzę, że w każdym z nich jest dobra energia bez względu na to czy wierzą i w co.

Każdego dnia za sprawą człowieka dzieją się takie cuda, że myślę, że zasługują na to by w nich wierzyć. Lekarze codziennie przeszczepiają serca, strażacy ratują ludzkie życie, dziadkowie uczą nas historii, dzieci - cierpliwości, uczeni potrafią wzbić ciężkie maszyny w powietrze, a astronauci udowadniają, że niemożliwe stało się możliwym. W każdym z nas jest ten boski pierwiastek, warto się wysilić każdego dnia, na choć jeden dobry uczynek, by przed snem spoglądając w lustro podziękować sobie na głos za miniony dzień.





   



środa, 25 czerwca 2014

Swój swojego po wulgarach pozna



Siedzi sobie skromny chłopaczek w swoim skromnym samochodzie, szyba otwarta, zaduch w powietrzu. Siedzi sobie, chłodzi łokieć i cierpliwie oczekuje na zwolnienie miejsca na zatłoczonym parkingu. "Spierdalaj, ty kurwo zajebana!" - słyszę - "wypierdalaj z tego miejsca, bo ci zaraz wpierdolę!". A propos cierpliwości...

 "Człowiek człowiekowi wilkiem"- polak polakowi dwoma wilkami, a najlepiej i trzema. Jeśli rzecz ma się jednak do obcych, to... i tu wyskakuje pokaźne stado.

Jesteśmy wulgarni, nie ma co zaprzeczać. Kto nie lubi sobie od czasu do czasu zakląć pod nosem ot tak, dla zaakcentowania powagi sytuacji, lub dla jej rozluźnienia, albo po to, by zwyczajnie po ludzku poczuć, że jest polakiem? Przeklinają wszyscy: od świata kulturalnego zaczynając, dalej brnąc poprzez showbiznes, politykę, a na księżach kończąc. Klną panie w urzędach, seniorzy stojący w kolejkach w sklepach i uczniowie podstawówek.
Lista naszych "narodowych" przekleństw potrafiłaby zaimponować niejednemu obcokrajowcowi, egzotyka tych słów polega na tym, że całkiem melodyjnie brzmią i bardzo zwinnie wpadają w ucho, a radość wymalowana na twarzy polaka, który właśnie nauczył swojego zagranicznego przyjaciela wymowy kilku soczystych wulgarów jest nieziemska. Schody zaczynają się wtedy, gdy ów przyjaciel wnika w znaczenie wypowiedzianego słowa - tłumaczenia zazwyczaj brak i wtedy pojawia zagwostka: chluba to, czy nie...? Sądząc po częstotliwości wypowiadania owych słów, używanych również jako przerywnik w zdaniu osobiście nie pękam z dumy słysząc ową słodycz wypadającą właśnie z ust "wulgarodawcy", dociera to do mnie dopiero kiedy słyszę całą gamę tych słów, a że samej nierzadko zdarza mi się zakląć, to myślę, że jest to jeszcze bardziej żenujące. Robię to przeważnie ze słabości, z bezradności, czasami z lenistwa, bo nie chce mi się wynajdywać innego słowa na opisanie sytuacji. Bo dlaczego miałabym komuś wciskać, że jestem wnerwiona, skoro jestem "wkurwiona", coś nie jest słabe tylko "chujowe", a facet awanturujący się o miejsce parkingowe nie jest sfrustrowany, lecz "pojebany"? Nic więc dziwnego, że poirytowana chodzi większość społeczeństwa - powodów do uśmiechu na codzień zbyt wiele nie mamy, gdy za każdym rogiem czai się podstępny wulgar i atakuje, demoralizuje, upadla.. Dopada nas w pracy, w szkole, w kinie, na koncercie i występie kabaretu. Jest sprawcą skrajnych emocji, śmiechu, łez, radości, smutku i złości. Łączy polaków rozsianych po całym świecie, jednocześnie ich dzieląc, bo wiadomo, stojąc w zatłoczonym metrze w Hamburgu i słysząc narodową "kurwę" nie uśmiechniesz się z dumą bijąc pięściami w wypiętą pierś, lecz z zażenowaniem odwrócisz głowę i udasz, że nie rozumiesz..

Oj, polaku, popraw się..