poniedziałek, 30 czerwca 2014

there is no God in my head





Swoje potyczki z wiarą w Boga mam już za sobą. Przez ostatnie dwa lata umacniała się we mnie pewność w niewiarę i nie ma to nic wspólnego z głębokim przeżyciem utraty mojego ukochanego piesia, ani tym bardziej z formą "buntu młodzieńczego" - bo na to już za stara jestem. Przestałam wierzyć, ot co.

Dziewięć lat temu z okazji zamążpójścia dostałam od moich już ex-teściów biblię. Pewnego razu coś mnie tknęło i postanowiłam przeczytać jej treść, z każdą kolejną przypowieścią wzbierała we mnie coraz większa fala wątpliwości w zapisane tam zdarzenia, co więcej - gniew opisywanego tam Boga wywołał we mnie uczucie sporego rozczarowania. Spalenie słońcem czy podtapianie ludzi za popełnione przez nich błędy?! sorry, ja tego nie kupuję. Z niesmakiem zamknęłam biblię i tak skończyła się moja z nią przygoda.

W religii nie jestem w stanie zrozumieć jednego: skoro Bóg jest tylko jeden to dlaczego ludzie wierzą w niego na dziesiątki sposobów i tak zaciekle walczą między sobą, by udowodnić, że to ich wiara jest tą właściwą? Sama wychowywałam się w Polsce, więc wiadomo, w duchu katolicyzmu, mimo że w domu nie było w ogóle ciśnienia na jakieś szczególne praktykowanie tej religii. Wiadomo, obrządki typu święta, sakramenty i pogrzeby i nic poza tym. Kiedyś sama bardzo wierzyłam w Boga, w anioły stróże, niebo i piekło. Mówiłam paciorek przed snem, święciłam koszyk w Wielkanoc, marzłam pod drzwiami kościoła podczas Pasterki. I to wszystko z pobudek czysto religijnych. Myślałam, że tylko jeśli będę pogodzona z boską wolą to będę w pełni szczęśliwa.

Mój brak wiary w Najwyższego wziął się tak naprawdę znikąd. Fakt, był to dłuższy proces, najpierw były wątpliwości, wiara kłóciła mi się z racjonalizmem, aż w końcu racjonalizm wziął górę. Zamiast w Boga zaczęłam wierzyć w ludzi. Zaczęłam doceniać ich nie jako istoty boskie, lecz jako racjonalne istoty kierujące się ewolucyjnie rozwijającym się mózgiem, tak zwyczajnie. Przemówiło do mnie to, ze pochodzę z postępów ewolucji a nie z zachcianek kogoś, kto mnie gdzieśtam ulepił na swoją podobiznę po to, by po jakimś czasie zesłać na mnie jakieś plagi czy "Bóg wie" jakie jeszcze inne cholerstwo. Nie przemawia do mnie rytualny mord bezbronnych baranków ku chwale, ani tym bardziej picie ich krwi w imię czegośtam. Tak samo jak chrześcijaństwo nie przemawia do mnie tez judaizm, hinduizm, buddyzm czy islam. Przeszkadza mi kategoryzowanie ludzi wedle ich wyznania oraz jednoczesna dyskryminacja innych wiar oraz częsty brak etyki u przedstawicieli tych wyznań. Ludzi postrzegam według ich poczynań, to oni kreują rzeczywistość, ustalają normy i wartości. Nie obchodzi mnie czy są homo czy hetero, orientacja seksualna nie jest dla mnie wyznacznikiem osobowości, w jakimś stopniu ją zapewne kształtuje, ale z pewnością nie tak bardzo jak otoczenie. Za własne błędy odpowiadam sama w stu procentach i nie ma opcji, bym obcemu człowiekowi, który nie wie o mnie nic miała zwierzać się z nich i czekać na krytykę lub osąd. Od zwierzeń mam przyjaciół i kochane rodzeństwo. Wierzących, agnostyków i ateistów traktuję tak samo, wierzę, że w każdym z nich jest dobra energia bez względu na to czy wierzą i w co.

Każdego dnia za sprawą człowieka dzieją się takie cuda, że myślę, że zasługują na to by w nich wierzyć. Lekarze codziennie przeszczepiają serca, strażacy ratują ludzkie życie, dziadkowie uczą nas historii, dzieci - cierpliwości, uczeni potrafią wzbić ciężkie maszyny w powietrze, a astronauci udowadniają, że niemożliwe stało się możliwym. W każdym z nas jest ten boski pierwiastek, warto się wysilić każdego dnia, na choć jeden dobry uczynek, by przed snem spoglądając w lustro podziękować sobie na głos za miniony dzień.





   



środa, 25 czerwca 2014

Swój swojego po wulgarach pozna



Siedzi sobie skromny chłopaczek w swoim skromnym samochodzie, szyba otwarta, zaduch w powietrzu. Siedzi sobie, chłodzi łokieć i cierpliwie oczekuje na zwolnienie miejsca na zatłoczonym parkingu. "Spierdalaj, ty kurwo zajebana!" - słyszę - "wypierdalaj z tego miejsca, bo ci zaraz wpierdolę!". A propos cierpliwości...

 "Człowiek człowiekowi wilkiem"- polak polakowi dwoma wilkami, a najlepiej i trzema. Jeśli rzecz ma się jednak do obcych, to... i tu wyskakuje pokaźne stado.

Jesteśmy wulgarni, nie ma co zaprzeczać. Kto nie lubi sobie od czasu do czasu zakląć pod nosem ot tak, dla zaakcentowania powagi sytuacji, lub dla jej rozluźnienia, albo po to, by zwyczajnie po ludzku poczuć, że jest polakiem? Przeklinają wszyscy: od świata kulturalnego zaczynając, dalej brnąc poprzez showbiznes, politykę, a na księżach kończąc. Klną panie w urzędach, seniorzy stojący w kolejkach w sklepach i uczniowie podstawówek.
Lista naszych "narodowych" przekleństw potrafiłaby zaimponować niejednemu obcokrajowcowi, egzotyka tych słów polega na tym, że całkiem melodyjnie brzmią i bardzo zwinnie wpadają w ucho, a radość wymalowana na twarzy polaka, który właśnie nauczył swojego zagranicznego przyjaciela wymowy kilku soczystych wulgarów jest nieziemska. Schody zaczynają się wtedy, gdy ów przyjaciel wnika w znaczenie wypowiedzianego słowa - tłumaczenia zazwyczaj brak i wtedy pojawia zagwostka: chluba to, czy nie...? Sądząc po częstotliwości wypowiadania owych słów, używanych również jako przerywnik w zdaniu osobiście nie pękam z dumy słysząc ową słodycz wypadającą właśnie z ust "wulgarodawcy", dociera to do mnie dopiero kiedy słyszę całą gamę tych słów, a że samej nierzadko zdarza mi się zakląć, to myślę, że jest to jeszcze bardziej żenujące. Robię to przeważnie ze słabości, z bezradności, czasami z lenistwa, bo nie chce mi się wynajdywać innego słowa na opisanie sytuacji. Bo dlaczego miałabym komuś wciskać, że jestem wnerwiona, skoro jestem "wkurwiona", coś nie jest słabe tylko "chujowe", a facet awanturujący się o miejsce parkingowe nie jest sfrustrowany, lecz "pojebany"? Nic więc dziwnego, że poirytowana chodzi większość społeczeństwa - powodów do uśmiechu na codzień zbyt wiele nie mamy, gdy za każdym rogiem czai się podstępny wulgar i atakuje, demoralizuje, upadla.. Dopada nas w pracy, w szkole, w kinie, na koncercie i występie kabaretu. Jest sprawcą skrajnych emocji, śmiechu, łez, radości, smutku i złości. Łączy polaków rozsianych po całym świecie, jednocześnie ich dzieląc, bo wiadomo, stojąc w zatłoczonym metrze w Hamburgu i słysząc narodową "kurwę" nie uśmiechniesz się z dumą bijąc pięściami w wypiętą pierś, lecz z zażenowaniem odwrócisz głowę i udasz, że nie rozumiesz..

Oj, polaku, popraw się..


  


niedziela, 8 czerwca 2014

"Bądź dzielna i zawsze łeb do słońca"

Pierwsza łza spłynęła z mojego policzka już podczas czytania wstępu. Są książki, które czekają na odpowiedni moment, żeby je przeczytać. Wiedziałam dokładnie, że to jest właśnie ten moment.

Pamiętam pewien mroźny, bożonarodzeniowy wieczór. Ja, TV i dokument. Ten dokument. Przypadkowo zupełnie trafiłam na film o Magdzie - "zmęczę kilka minut i pójdę spać" - pomyślałam, lecz po kilku chwilach siedziałam wciśnięta w fotel wsłuchując się w niesamowicie smutną, przygnębiającą, a jednocześnie napawającą mega optymizmem i radością historię cudu. Cudu życia i świadomego odchodzenia. Nie zapomnę uczuć i emocji, towarzyszących mi podczas i długo po oglądaniu tego filmu. Na przemian czułam smutek, złość, żal, euforię, radość i wdzięczność. Te emocje wróciły w minionym tygodniu, kiedy czytałam tę książkę.

 "Magda, miłość i rak" Aliny Mrówińskiej to rozmowa z Magdaleną Prokopowicz o "życiu, śmierci.. i o nadziei".



  Z tej lektury dowiesz się nie tylko o dramatycznej historii Magdy, dowiesz się również bardzo wiele o sobie. O swoich głęboko skrywanych marzeniach, uczuciach i lękach. Zechcesz tak jak ja, obudzić się choć jednego ranka o 4:30 tylko po to, by posłuchać śpiewu ptaków i popatrzeć na wschodzące słońce. Magda mówi otwarcie o walce z rakiem, o słabościach dnia codziennego, o nadziei na cud i o spełnieniu tego cudu - o macierzyństwie. W obliczu tak brutalnej choroby cieszy się życiem, czerpie garściami z miłości i z zewsząd płynącej serdeczności od obcych ludzi. Nie wstydzi się przyznać do popełnionych błędów, spełnia się w roli mamy i zyskuje na tym ogromną siłę by stawić czoła rakowi w dalszej walce. Przeżywa każdy dzień tak, jakby miał być tym ostatnim, do samego końca..

Też jestem rakowcem, więc może dlatego tak bardzo wczułam się w historię Magdy, bo dotarło do mnie ile miałam szczęścia i odpowiednich ludzi wokół siebie po zdiagnozowaniu u mnie tego paskudztwa. Ta książka przypomniała mi, że należy szanować życie i pielęgnować relacje z ludźmi, którzy dają mi siłę i motywację do budzenia się każdego ranka. Każdy z nas ma swoją historię, która się już nie powtórzy, więc warto dać sobie chwilę lub dwie na odłożenie telefonu, wyłączenie telewizora, zamknięcie laptopa i chwycenie tej książki po to, by poznać Magdę Prokopowicz. By odkryć swoje ukryte karty. W końcu po to, by spojrzeć w niebo, uśmiechnąć się i szeptem podziękować za życie.

"Łeb do słońca!"




piątek, 6 czerwca 2014

Matecznik


Stąpając nerwowo z nogi na nogę, solidnie już poirytowana próbuję wyłączyć mózg choćby na chwilę. Bezskutecznie.W samym środku gorących dyskusji, sztucznie zainteresowana tematem powstrzymuję się od krzyknięcia : hola, hola, basta!

Zasłona dymna pod postacią małego, różowego jeszcze szkraba niesamowicie skutecznie przysłania wszystkie światy każdej spotkanej dotąd przeze mnie matki. Właśnie próbuje przysłonić także i mój. I stoję jak ta sierota i słucham: o porodach, skurczach, przecinaniu pępowiny, o obolałych wnętrznościach, nabrzmiałych piersiach podczas "ściskania, gniecenia i wyciągania (wtf?!)", o przeszkadzających, nieporadnych tatusiach, nieprzespanych nocach, zarzyganych sukienkach (bo się dzidzi ulało) i wreszcie
o tym, że macierzyństwo jest takie cudne! Cudne?! Się chyba przesłyszałam?!
A jednak nie...

Stoją tu przede mną trzy dorodne mamy: pięknie niewyspane, nieufryzowane, cycek do pępka, stary, wyciągnięty dres, zrośnięte brwi, przygarbiona sylwetka, zamiast pupy - galaretka i apetyczne muffinki unoszące się ponad pasem spodni. Wizerunek Polki - Matki to wciąż wizerunek Matki - Polki: zaniedbanej, szarej, drugoplanowej, wpatrzonej w swojego maluszka (broń boże w cudzego!). Zmęczone, a jednocześnie jakże spełnione w swych nowych rolach! Z przekonaniem, że cały świat kręci się teraz wokół ich macierzyństwa dumnie tulą ten swój błękitno-różowy, bezbronny światek w ramionach i kołysząc w rytm burzliwej rozmowy dają mu poczucie bezpieczeństwa i miłości.

 No i dalej tak stoję, samotna w dziczy, przedzierająca się z maczetą pośród plątaniny słów, złotych porad
i coraz to bardziej wymyślnych opisów dziecięcych kupek - ja, Niematka Polka. Kompletnie nierozumiejąca entuzjazmu wynikłego z obecnych konwersacji, próbuję odnaleźć się w tym chaotycznym grajdołku. Matki przekrzykują dzieci, dzieci przekrzykują matki. Tatusiowie nie maja tu nic do powiedzenia, albo czekają tak jak ja, aż przejdą błyskawice, minie burza i wyjdzie sobie cichutko, spokojnie upragnione słońce...