środa, 30 lipca 2014

Kwintesencja bezsensownosci

Życie czasami płata takie figle, że budzisz się pewnego pięknego dnia, słyszysz wesoły świergot ptaków, czujesz promienie słońca na buzi i ...chce ci się płakać. Ryczeć. Wyć.

Kochasz to swoje życie, chcesz czerpać z niego garściami jak kiedyś, uśmiechać się do ludzi, mówić im komplementy, czuć prawdziwą radość z każdej minionej chwili, stawiać sobie wyzwania, cele, planować, spełniać swoje marzenia. Twoi bliscy (i ci trochę dalsi) uświadamiają ci jak dobrze sobie masz, ile osiągnęłaś, jaka jesteś fajna, miła, sympatyczna, towarzyska, lubiana etc. Nakręcasz się na to wszystko w ciągu dnia, starasz się skupiać myśli na pracy, na ludziach, byle nie na sobie, uśmiechasz się, powiedzmy, szczerze, życzysz wszystkim tego co najlepsze, bo przecież naprawdę im tego życzysz, wiesz, że oni też ci życzą, czujesz, że jesteś dla nich ważna, lecz jednocześnie czujesz się tak strasznie samotna. Nie powiesz tego nikomu z obawy, że się obrażą. Sama nie rozumiesz skąd to uczucie, trwa już ileś tam miesięcy, więc dość oswojone, można by rzec - zaprzyjaźnione. Przed snem robisz sobie "rachunek wdzięczności" i obiecujesz, że od jutra witasz dzień z uśmiechem na twarzy, bo przecież tak bardzo kochasz życie. I budzisz się kolejnego pięknego dnia, ten sam wesoły świergot ptaków, te same ciepłe, przyjemne promienie słońca na buzi i to samo uczucie beznadziejności, brak wiary w siebie, brak poczucia bezpieczeństwa...chcesz płakać..ryczeć...wyć...

I tak kręci się kołowrotek. Wystarczy włożyć odpowiednią maskę na twarz, żeby nikt nie dostrzegł cierpienia. Bo to przecież wstydliwe tak cierpieć kiedy nie powinno się mieć powodów, ale Pani Depresja sama wie co się powinno, a co nie. Ona wyznacza kierunek dnia i nocy, na nic stawianie oporu czy propozycja kompromisów typu "pozwól mi być przez trzy dni szczęśliwą, a potem dalej panosz się w mojej duszy". Mogę postanawiać sobie co rano (na głos, żeby usłyszała), że koniec! basta! - lecz nie ja tu jestem Panią swego życia, o nie. Pani Depresja depcze własne ścieżki w moim ciele, neguje każdy mój pomysł, nie toleruje sprzeciwu. W przeciwieństwie do mnie jest asertywna. Za dobre zachowanie, czyli kumulację smutku i lęku nagradza mnie od czasu do czasu miłym snem, a nawet śmieje się ze mną do łez. To jej słabość. Ma też słabość do ludzi, aczkolwiek nie lubi tłoku, nie przepada też za tym, kiedy się o niej mówi - rumieni się gdy słyszy: "za dużo myślisz" czy "w dupie Ci się poprzewracało" - to ją wręcz rozwściecza do czerwoności i daje mi nieźle popalić, krzyczy do mnie "a nie mówiłam?! Tylko ja cię rozumiem!". 

Raz zapytałam Ją wprost, po jaką cholerę we mnie mieszka? Odpowiedziała, że z czystej sympatii. Lubi mnie taką waleczną, bojową. Raz pogroziłam Jej palcem, zaprowadziłam do specjalisty, pochodziłyśmy, pochodziłyśmy i stwierdziła, że przyda się jej urlop, zapragnęła zatęsknić za mną. Niczym rasowa urlopowiczka przysłała mi kartkę z wakacji, a po dłuższym czasie wróciła wypoczęta i rozgościła się w swoim cieplutkim, radosnym domku, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, że ów domek podczas Jej nieobecności znalazł nowych lokatorów - Pana Szczęście i Panią Miłość. Wstępna umowa z nowymi lokatorami została spisana, a Pani Depresja dostała wypowiedzenie i ma trzy miesiące na to by się wyprowadzić...

poniedziałek, 28 lipca 2014

Man, please be gentle!






Wyobraź sobie, że ówczesny mężczyzna zaprasza Cię na kolację. Podjeżdża pod dom, trąbi klaksonem, ty zerkasz przez firankę i łapiąc w pośpiechu torebkę wybiegasz z domu. Wsiadasz do samochodu, ruszacie. W radiu kolejny hit Pitbulla, więc on podkręca głośność tak, że musisz krzyczeć, by cię usłyszał. Dojeżdżacie pod "kebab u turka", muzyka cichnie, on wysiada i czeka zniecierpliwiony pod drzwiami tej uroczej knajpki aż wygramolisz się z jego sportowej furki. Wchodzi do środka, ty podążasz za nim i tak dalej po schodach do stolika na piętrze. Siadacie, zamawiacie, zajadacie. Rozmowa się klei, jest miło, przyjemnie, kilka razy wymykasz się do toalety, on wykorzystuje moment żeby "przelecieć" fejsbuka czy co tam innego ma w swej komórce, płaci, wychodzicie. Podjeżdżacie pod twój dom, pierdu-pierdu, miło było, cmok na dobranoc i wychodzisz z auta, a on odprowadza cię wzrokiem pod same drzwi.

A teraz wyobraź sobie, że są lata pięćdziesiąte. On podjeżdża pod twój dom, wysiada z samochodu, niosąc mały bukiecik róż zbliża się do drzwi. Otwierasz, całuje cię w rękę, wręcza kwiaty i mówi, że pięknie wyglądasz. Prowadzi cię do samochodu, otwiera drzwi - wsiadasz. W radiu cicho pobrzmiewa jazz, rozmawiacie o pięknym wieczorze, podjeżdżacie pod przytulną knajpkę. On wysiada, otwiera tobie drzwi samochodu i podaje rękę byś mogła z niego zgrabnie wysiąść. Prowadzi cię do restauracji, przepuszcza przez próg, podąża za tobą schodami w górę, pomaga zdjąć ci płaszcz i podsuwa ci krzesło. Za każdym razem kiedy wychodzisz poprawić makijaż wstaje od stolika. Po kolacji zawozi cię pod dom, pomaga ci wysiąść z samochodu i odprowadza cię bezpiecznie pod drzwi twojego domu by cię tam czule i szarmancko pożegnać.

Dzisiejsi panowie słysząc drugą wersję puknęliby się w czoło i powiedzieliby "się romantycznych filmów naoglądałaś", ale bajka to czy nie - wierzę, że tacy byli kiedyś mężczyźni i żałuję, że na hasło "dżentelmen" panowie dziś zamiast dumnym naprężeniem torsu reagują głośnym rechotem...


A dla tych, którzy chcieliby jednak kobietom zaimponować:    CYK

piątek, 18 lipca 2014

look up in the sky and dream...





Latem marzę najczęściej. Wtedy właśnie mam najwięcej odwagi by marzyć. Marzę zarówno o drobnych, przyziemnych rzeczach jak i o wielkich sprawach. Dziesiątki marzeń i snów przewijają mi się przez myśli, pobudzają wyobraźnię, kreatywność, przenoszą mnie w inny świat, a nawet w kilka światów jednocześnie. Moje ciało przeszywa przyjemny dreszczyk, czuję powoli rozkwitające we mnie endorfiny, jest mi tak błogo... Nie zawsze marzę z zamkniętymi oczami, wręcz przeciwnie, przeważnie patrzę w niebo, w jego wszechobecny błękit, nawet kiedy jest zachmurzone.

Bujam głową w obłokach, wyobrażam sobie, że tylko ja jestem w stanie pokierować siebie w te miejsca, gdzie już znajdują się moje myśli. Wierzę głęboko w to że z marzeń uda mi się stworzyć cele i znaleźć drogę do ich realizacji. Marzenia mnie determinują, motywują do działania. Doprowadziły mnie do punktu, w którym jestem i pozwalają dalej marzyć o powrocie do domu, o byciu samej sobie szefem, o samotnej wyprawie po Francji, a w końcu o podroży do Nowego Jorku. Wierzę głęboko, że uda mi się zrealizować te cele i zrobić w głowie miejsce na nowe marzenia..








  

czwartek, 10 lipca 2014

Słońce zza krat

                                             


                                                        Bo słońce ma kilka twarzy.

                                                        Bo każda ma coś do powiedzenia.

                                                        Bo nieistotne dlaczego się tam znalazły.

                                                        Bo ważne, że odnalazły siebie.

                                                        Bo to silne babki są.

                                                        Bo nie ma podziału na gorszy i lepszy.

                                                        Bo w każdej drzemie inna historia.

                                                        Bo mają marzenia.

                                                        Bo dobrze jest się wzruszyć.

                                                        Bo życie toczy się dalej.

                                                                           CYK

                               Gorąco polecam śledzenie tego bloga i pozdrawiam was, babeczki!

piątek, 4 lipca 2014

Bez względu którędy - najważniejsze byś dotarła do siebie



Jeśli właśnie (lub niewłaśnie) rozstałaś się z facetem, umarł Ci ktoś bliski, zostawiłaś dom, o którym długo marzyłaś i wyjechałaś niewiadomo dokąd i niewiadomo po co, jeśli  uważasz, że pieniądze są najważniejsze, że nie wiesz czego chcesz od siebie, jeśli miewasz nieuzasadnione napady agresji, jeśli nie potrafisz się od niepokojąco dłuższego momentu wzruszać, jeśli jestes na etapie przewartościowywania sobie życia, ustalania priorytetów, jeśli pierwszą myślą zaraz po przebudzeniu jest "ja pieprzę" to jest to książka especially for you.



Cheryl lekko nie miała. Po kilku latach kompletnego bałaganu spakowała plecak, pożegnała dotychczasowe życie i wyruszyła w ciężką wyprawę szlakiem Pacific Crest Trail. No i jak to na szlaku: przygód bez liku, miejscami wręcz niebezpiecznych, miejscami zabawnych. Cheryl spotyka ludzi na swej drodze, dzięki którym poznaje świat od tej życzliwszej strony, uświadamia sobie wartość małych, codziennych drobnostek, do których tęskni podczas wędrówki i przede wszystkim poznaje samą siebie.


Czytając tę książkę czułam się jakbym razem z nią przemierzała te setki kilometrów, od czasu do czasu robiąc sobie mini-przerwy na rozmyślanie o własnym życiu. Przyszedł również moment kiedy chciałam się spakować, zamknąć drzwi za sobą i wyruszyć w nieznane..