piątek, 29 sierpnia 2014

Dobrze się czasem kompletnie pogubić, jeszcze lepiej się potem odnaleźć!







Ostatni rok przebiegał u mnie pod znakiem totalnego pogubienia. Często czytam na blogach czy w moich ulubionych kobiecych pismach historie kobiet, którym zdarzyło się utracić zaplanowany tor w życiu, zejść na chwilę (tudzież na więcej chwil) z obranej dotąd drogi, sięgnąć tzw. "dna" (emocjonalnego, materialnego, 

czy też innego), zatracić się w totalnej bezradności... Opisują życiowe perypetie, dramatyczne często zdarzenia, które doprowadziły je do głębokiej, wewnętrznej przemiany, 
do odnalezienia poczucia bezpieczeństwa i wreszcie 
do podniesienia wysoko głowy i stawienia czoła przeciwnościom losu. Czytając to zazdrościłam im tego uczucia, też chciałam coś zmienić, nawet próbowałam: stawiałam sobie nowe cele, planowałam cudowna przemianę (zazwyczaj w niedziele wieczorem, kładąc się do łózka z myślą "od poniedziałku będę inna, lepsza") - w poniedziałki nawet mi to całkiem wychodziło, zazwyczaj jednak cudowna przemiana nie doczekała choćby środy. Po tym ciężkim dla mnie roku przyznaję - żeby cokolwiek w sobie zmienić nie wystarczy chcieć, muszą się wydarzyć ku temu pewne przyczyny, by dostać solidnego kopa w tyłek. 

Zazwyczaj przyczyny bywają te same:

Utrata kogoś bliskiego
Rozstanie z partnerem
Uwikłanie w romans
Niestabilna sytuacja materialna
Depresja

No i dupa. (Przepraszam za wyrażenie, ale własnie to mi się pomyślało kiedy wypisałam sobie tę magiczną piątkę). Wszystkie moje próby by stać się lepszym człowiekiem sprzed pewnych wydarzeń wydają mi się teraz naiwne i nieprawdziwe. Po moich życiowych turbulencjach (także tych wewnętrznych) jestem skłonna podziękować światu (a zwłaszcza pewnym osobom) za to 

w jakie miejsce w moim życiu pomogli mi dotrzeć, piszę "pomogli", bo wiadomo: każdy jest kowalem... no.

Każda z nas reaguje inaczej na te same wydarzenia, jedno jest pewne: chcemy w labiryncie uwikłań odnaleźć siebie tę nowszą, lepszą. Nie będę tu wypisywać uczuć i emocji jakie towarzyszyły 

mi w ciągu tego roku, można się ich łatwo domyślić, lecz moja "wewnętrzna bogini" - jak to pięknie nazwała autorka cyklu powieści o przesympatycznym panu G. (osobiście nie urzekła mnie ta historia) - domagała się endorfin i zaciskała tę resztkę ocalałego optymizmu mocno w dłoniach. No i... nadszedł ten moment kulminacyjny przy kubku gorącej, świeżej mięty i rozkosznie brzmiącym głosie Sama Smith'a w tle. Przyczyn do zmian nazbierało się od groma, więc nie ma co zwlekać, nadszedł czas by uwierzyć we własne siły i zdać się na siebie! 


Jeśli czujesz podobnie, a brak Ci siły i odwagi by cokolwiek zmienić, to zrób szczery rachunek sumienia, podziękuj grzecznie (lub też nie) toksycznemu otoczeniu, następnie spójrz w lustro, uśmiechnij się do osoby, 
którą tam zobaczysz, wypnij pierś i potwierdź jej na głos, 
że zasługuje na wszystko co najlepsze od Ciebie!




  

piątek, 22 sierpnia 2014

Don´t require me to call you "mommy"

Staropolskim "Matkę ma się tylko jedną"  chciałabym niniejszym potwierdzić ową mądrą dewizę.
Jestem z tych, co na radosne "mów mi mamo i tato" od rodziców świeżo poślubionego męża zareagowało lekko skrępowanym aczkolwiek chętnym "dobrze, mamo!" - no i zaczęła się rodzinna idylla z teściami w tle... Człowiek nawet sobie sprawy nie zdaje jak szybko spada kurtyna dystansu za pomocą tych magicznych słów, nagle znajduje się pośrodku manipulacji i wszelakich gierek ze strony przebiegłej teściowej i  niemniej zmanipulowanego obserwatorium ze strony teścia. "Mamo i tato" zobowiązuje, nie ma co. W moim przypadku nie miało to pozytywnego wpływu na relacje z teściami, wręcz przeciwnie, czułam się pod presją tych słów, teściowa wymagała ode mnie bliskości i relacji, których poza moja "własną" matką nie byłabym w stanie dać żadnej innej, przyszywanej. 
Każde święta czy urodziny musiały być spędzane po "ichszemu", biada wyrazić swoja dezaprobatę - foch na kilka tygodni i wypominanie przez kilka następnych lat. Coraz częściej każde kolejne "rodzinne" spotkanie przebiegało w atmosferze sztucznych uśmiechów i naciąganych historyjek, po czym wszyscy rozchodzili się do własnych domów by obrobić tyłki towarzystwu.
Z czasem kiedy teściowej wnikliwe oko dostrzeże, ze jednak nie traktujesz jej jak własną mamę - o zgrozo! - pozamiatane. Pozostało ci tylko brać czynny udział w konkurowaniu z nią lub uświadomieniu mężowi o problemie z jego matką i zgadnij, czyją stronę obierze mężulek? Pamiętaj: zawsze stronę mamusi. Wtedy uświadamiasz sobie, ze zostałaś "tą złą", która pozwoliła sobie na wyznaczenie jego mamusi pewnych granic i niknie twoje poczucie bezpieczeństwa przy facecie, który pokazał ci kto pierwszy znajdzie schronienie w jego silnych ramionach.

Teraz, jako "mądry polak po szkodzie"  :) wiem jak uniknąć w przyszłości podobnej sytuacji:

1. Nie nazywać obcych ludzi rodzicami.
2. Zaproponować w przyszłości partnerom swoich dzieci by zwracali się do mnie po imieniu.
3. Się kurde po prostu nie hajtać*. 


*choć, kto wie...

P.S.
Żeby nie było: moi eks-teściowie to mili, dobrzy ludzie, lecz teściami są słabymi. Miałam wrażenie, że po rozstaniu milej mnie witają - do czasu - kiedy w publicznym miejscu eks-teść udawał, że mnie nie rozpoznaje...

Mimo wszystko pozdrawiam.