poniedziałek, 8 września 2014

First Date




No i się wydarzyło. Zestresowana tak, ze nic przełknąć nie mogłam przez cały dzień pojechałam w umówione miejsce. Nie byłabym sobą gdybym nie musiała po drodze zaliczyć kilku stresogennych sytuacji (jakby mi było nerwów mało): nawigacja, która „straciła” glos, impreza w samym centrum miasta, maraton jakiśtam, przez który zmieniono ruch drogowy, cała starówka wyłożona kostką brukową i ja w szpilkach. Zaparkowałam w jakimś parkingu podziemnym (nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jakim cudem tam wjechałam?!), kilka głębszych oddechów, uff…idę.
W obcym kraju. W obcym mieście. W obcych szpilkach (no dobra, kupiłam na tę okazję). W obce, sportowe cacko prowadzone przez obcego mężczyznę (no dobra #2: trzy razy się widzieliśmy) wsiadam ja. Z obcym telepaniem serca uśmiecham się uroczo 
i zaczynam się powoli rozluźniać.

Pierwszy raz od dziewięciu lat umówiłam się na randkę. Taką prawdziwą First Date. Była sukienka, były wspomniane, klasyczne szpilki i ulubiona, koralowa szminka na ustach. Był też On. Przystojny, elegancki, szarmancki, zabawny… Czarował niczym magik, niezłą musi mieć wprawę – pomyślałam.  Urocze trzy godziny w uroczej restauracji, kolacja, wino i saksofon w tle brzmiący najpiękniejszą melodią świata – „la vie en rose”. Dziesiątki wypowiedzianych zdań, setki słów, opisy rodzin, przyjaciół, nas samych… Wznoszone toasty to za spotkanie, to za znajomość, w końcu za nas.. Żadnych telefonów, żadnego nerwowego spoglądania na zegarek. Miliony endorfin, skrzydlatych niczym motyle i ten uśmiech. Mój, nie Jego! J To znaczy, Jego też.  Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle się uśmiechałam! I to zupełnie naturalnie! Po długim czasie poczułam się tak kobieco, seksownie. Czuję, że wracam J


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz