poniedziałek, 29 września 2014

In love with running



Na ten temat mogłabym rozpisywać się na dziesiątki stron. Bieganie. Kocham biegać. Uwielbiam eksploatować swoje ciało do granic, czuć to zmęczenie po treningu, drżenie nóg, wypełnione tlenem płuca, endorfiny szukające ujścia z głowy, chce mi się tańczyć, skakać, fikać fikołki!


Przygodę z bieganiem zaczęłam wiosną  2009 roku, mieszkając jeszcze w Hamburgu. Bez jakiegokolwiek ambitniejszego celu typu zrzucę 10 kilo czy przygotuję się do półmaratonu, postanowiłam kupić najtańsze buty do biegania, wciągnęłam na tyłek wyciągnięty dres i ruszyłam przed siebie. No dobra, po pierwszych 7 minutach myślałam, ze wypluję płuca. 5 minut zbawiennego marszu, potem kolejne 7 minut biegu i tym oto sposobem wybiegałam moje pierwsze 14 minut! :) Nieziemsko dumna z siebie to może nie byłam, ale czułam, że tak własnie powinnam zacząć tę przygodę. 

14 minut.


Za każdym razem kiedy słyszę opowieści początkującego biegacza o tym, jak to fantastycznie robi mu się 11 km w godzinkę i jakim to fantastycznym biegaczem nie jest - nie mam ochoty słuchać tej opowieści dalej. Gratuluję wszystkim początkującym rewelacyjnych wyników, wow! Od tygodnia biegasz i walisz 15 km co drugi dzień w najnowszych najkach za pięć stów, super! Problem w tym, mój drogi biegaczu, że za dwa tygodnie twój zapał wyparuje przez uszy i fikuśne najki pójdą w odstawkę, a sam stwierdzisz "z ciężkim sercem", że bieganie nie dla ciebie, bo coś strzyka ci w kolanach...Ot, dola świeżyny.

"bo biegać trzeba umić" - sama specjalistką nie jestem, nie uczestniczę w zbiorowych biegankach, nie kręcą mnie tłumy. Jeszcze. Biegam sama ze sobą. Po lesie, po asfalcie, po czymkolwiek tylko mi się chce. Odpowiedni strój do biegania kupiłam sobie dopiero po czterech latach, kiedy nabrałam pewności, że to właśnie mój sport. Nie obchodzą mnie komentarze typu "po co biegać po mieście, skoro wdycha się spaliny" albo "po co biegasz, skoro masz idealne ciało?!". Biegam bo lubię. Poza tym, że dobrze robi mi to na ciało, to genialnie robi mi to na głowę. Wybieguję swoje złe emocje, stresy z pracy, niepotrzebne "zawracacze" tyłka. Najszybciej biegnę jednak kiedy czuję nieposkromioną radość, zakochanie czy nadmiar innych pozytywnych uczuć. Kiedy jestem w obcym miejscu chętnie zwiedzam, pstrykam fotki jak nienormalna, pot kapie mi na powieki, szczypie w oczy, ale to nic, każdy zakręt odkrywa przede mną nowe ścieżki. Miewam oczywiście chwile niejednostajnego lenistwa: przeważnie srogą zimą, kiedy temperatura spada do -18 stopni, chodniki są tak oblodzone, że nic tylko zaciągnąć ciepły koc na głowę i przeczekać. Zdarzało mi się czekać tak nawet dwa-trzy miesiące! Szlag! Potem, przy roztopach rusz ten ospały tyłek - never ever! Ja pieprzę, znowu wszystko od początku...

No dobra, ja tu pitu pitu, a chciałam zwyczajnie zachęcić cię do biegania :) Po primo: kup sobie książkę Beaty Sadowskiej "I jak tu nie biegać!", przeczytaj i rusz się z przytulnej sofy.

Nie szukaj osoby towarzyszącej, nie rób wymówek typu "nie mam czasu" albo "przegapię kolejny odcinek mojego serialu na tvnie". Nie czekaj na poniedziałek, nie czekaj na wypłatę, by kupić sobie porządne buty czy legginsy. Załóż to co masz w szafie i spróbuj przebiec kilkanaście minut! Nie więcej, nie musisz być od razu kozakiem. Wsłuchaj się w swój oddech, skoncentruj na krokach! Jesień to cudowna pora na bieganie, temperatura nie doskwiera, a lekki deszczyk przyjemnie chłodzi twarz. 
No i te widoki! Powodzenia!


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz