poniedziałek, 6 października 2014

Myślę, więc jesień.

Propaganda "jesiennej deprechy" jak co roku o tej porze próbuje zostać wylana nam z komercyjnego wiadra na głowy. Od lat zatem rozkładam nad sobą zawczasu niewidzialny parasol by uchronić się od wciskanych mi co rusz bzdur jakoby jesień była najgorszą porą roku. Nie ma chyba bardziej idealnego momentu na to, by dać się ponieść refleksjom i marzeniom życiowym, pobyć blisko (jak najbliżej) z ukochaną osobą, posiedzieć na parapecie okna z kubkiem aromatycznej herbaty w dłoniach, upichcić ciepłą szarlotkę w kuchni, a potem zaprosić przyjaciół do jej wieczornego pałaszowania przy blasku świec. Ta pora roku skłania do zwolnienia tempa, które podkręcamy sobie zawsze latem, teraz mamy niepowtarzalną okazję by zatrzymać się, opatulić w ciepły sweter, założyć kapelusz i zabrać psa na spacer po kolorowym lesie. No dobra, kota też.

Z jesienią przychodzi mi do głowy bardzo wiele smacznych skojarzeń takich jak cynamon, imbir, orzechy włoskie, świeże jabłka czy powidła śliwkowe mojej mamy. Czuję wszędobylski zapach suszonych grzybów, dymu z rozpalanego ognia w kominku i tego z zewnątrz, z polskich, osmolonych kominów. Nawet teraz, wypisując te skojarzenia mam błogi uśmiech na buzi. Jest to ewidentnie moja najulubieńsza pora roku, kocham to uczucie chłodu, dreptanie w deszczu i błocie po mieście, zwłaszcza teraz, kiedy nabyłam w końcu porządne kalosze ;)
Jesień to ciepłe światło płonących świec, drożdżówka ze śliwką, latte z chili na wynos, wrzosy na parapetach, kasztany w wazonie i kapelusz na głowie.

Z początkiem października robię sobie przeważnie rachunek moich Noworocznych Postanowień - tak, tak, jeszcze o nich pamiętam :) Wypisałam je skrupulatnie w styczniowym mejlu do M. i  o dziwo, całkiem nieźle wypadłam:

1. chciałabym pojechać do Paryża, choćby na weekend
2. kupię samochód, bo wkurza mnie to pożyczanie od taty
3. przestanę przeklinać (a przynajmniej ograniczę)
4. skupię się na dbaniu o przyjaźnie
5. przeczytam więcej książek niż w minionym roku
6. kupię  przynajmniej jedną książkę w miesiącu
7. częściej będę chodzić w sukienkach
8 .będę uśmiechać się codziennie
9. Zapuszczę włosy


No dobra, przyznaję, co miesiąc książki nie kupiłam, ale zdarza mi się kupić pięć jednego miesiąca, więc traktuję to jako rozgrzeszenie. 
Bluźnienie rzeczywiście ograniczyłam do skromnego "ja pieprzę".
Włosy jako tako zapuszczam, sukienka jest, nawet dziś, 
uśmiech na twarzy za sprawą pozytywnych wydarzeń ostatnich kilkunastu tygodni  - gwarantowany, 
o przyjaźnie ciężko zadbać na odległość, ale się staram jak mogę, 

tylko co z tym Paryżem....












 





* Zdjęcia rudej w liściach zapożyczyłam od mojego kochanego brata - Wojtka Krause :)


2 komentarze:

  1. Pięknie piszesz, ciekawy blog :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo i zapraszam do dalszej lektury ;)
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń