piątek, 10 października 2014

To be here, or to be there...?

Do każdego w życiu przychodzi w końcu Pan Moment. Puka dyskretnie w drzwi i wskazuje gestem zniecierpliwienia na swój zegarek. "Juz czas" - mówi - tzn. nie mówi, bo Pan Moment nie ma języka. Nie ma też ust, na swej facjacie posiada tylko oczy, z których da się przeczytać wszystko. Oczywiście nie wszyscy pewne treści potrafią lub chcą z tych oczu odczytać, ja długo się wzbraniałam, odwracałam wzrok, chowałam okulary, udawałam niewidomą i obierałam kilogramy cebuli, by tylko nie spoglądać w Jego oczy. Do czasu. Nieunikniony Pan Moment zjawił się w tym właśnie momencie, w którym chciałoby się głośno zakląć.
"Ja pieprzę!" - pomyślałam - akurat w tej chwili, kiedy właśnie wszystko zaczęło nabierać jakiegoś sensu i koloru postanowiłam to zmienić. Jak zwykle lubię sobie trochę namieszać, by nie było nudy w moim życiu. Pan Moment chyba również to lubi, bo zawsze się pojawia w nieodpowiednim wydawałoby się momencie!
Od iluśtam długich miesięcy stoję jak ta krowa na rozdrożu i pytam sama siebie "dokąd ja kuźwa zmierzam?!" po czym stawiam krok do przodu, a następnie dwa w tył. Dla pewności pytam zatem również bliskie mi osoby, te dalsze też i naturalnie każdy radzi mi po swojemu, chcąc dla mnie dobrze, a wiadomo jak kończy się to "dobrze" - stoisz dalej na tym samym rozdrożu i czujesz się wciąż jak ta sama krowa... W końcu uświadamiając sobie fakt, że z tak spontaniczną osobowością mogę liczyć tylko na swoją intuicję, zaufałam "zdrowemu rozsądkowi" (nie do końca jestem pewna czy takowy posiadam) i podjęłam decyzję: wracam do domu.
Tę decyzję podjęłam dużo wcześniej, już jak wyjeżdżałam do Niemiec wiedziałam, że i tak zechcę wrócić, lecz nagle przez ostatnie pół roku z miesiąca na miesiąc przekomarzam się z Panem Momentem, tłumacząc mu, iż to jeszcze nie ten moment, nie ten czas na powrót.

Po ciężkim roku i trudnych przeżyciach w końcu postanowiłam uporządkować bałagan w mej głowie (zaczęłam jednak od szafy z ciuchami), wzięłam głęboki oddech w płuca, pomachałam przeszłości we wspomnieniach i uśmiechnęłam się do tzw. jutra. Sytuacja wygląda następująco: czeka na mnie dobra praca w Polsce, wszyscy moi bliscy i puste mieszkanie. W Niemczech zaś mam już swoje wybiegane ścieżki, nowych znajomych, świetną pracę i ciekawie rozwijającą się znajomość z coraz bliższym mi "kimś".
Żeby było jasne: dziesięć lat temu wyprowadziłam się do Niemiec, lecz dość szybko dotarło do mnie, że to nie moje miejsce, pokochałam Hamburg na swój sposób, lecz nie czułam "tej chemii" między nami. Dziś tłumaczę to sobie niedojrzałością i nieprzerwaną pępowiną. Nie wyobrażałam sobie innego miejsca na Ziemi poza ukochaną Polską, ukochanymi Kaszubami! Powrót do domu przed czterema laty był niczym spełnienie pięknego marzenia, ziszczenie się najpiękniejszych snów! Zakochana w szarościach polskiej codzienności, w marudnych ludziach i wiecznie niezadowolonych paniach ekspedientkach z lokalnych sklepików osiedlowych czułam się jak w bajce! No, do czasu, kiedy po trzech latach postanowiłam w ramach pracy wyjechać ponownie do Niemiec. 
Et voilà! Znów tu jestem, ja pieprzę! Lecz zaraz, hola, hola, coś mi tu nie gra... Przez lata doświadczałam różnych wcieleń tęsknoty - raz motywowała mnie do wstania z łóżka wczesnym rankiem, innym razem zaś podcinała skrzydła i odbierała chęci do działania. Jedno jest pewne: tęskniłam permanentnie. I tęsknię wciąż. Za Ojczyzną, za rodziną, przyjaciółmi, lecz jakoś tak dojrzalej, bardziej świadomie niż kilka lat temu. Nawet polubiłam to uczucie, bo dzięki niemu częściej myślę o bliskich. Mimo wielu wątpliwości, wahań i wyliczaniu sobie wszystkich "za i przeciw" wciąż nie potrafię przyznać przed sobą dokąd tak właściwie należę. Podjęłam decyzję: wracam do domu, lecz już teraz nawet gdy walizka stoi spakowana wiem, że część mnie i tak należy do Niemiec i prędzej czy później po raz kolejny stanie przed moimi drzwiami Pan Moment, spojrzy wymownie na zegarek, a ja puknę znów palcem w swoje czoło, po czym i tak zacznę pakować walizkę...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz