środa, 23 września 2015

Poziom trzy-zero.







Trzydzieści. Trzy-Zero. T R Z Y D Z I E S T K A.
Trzydziestoletnia singielka.
Stara panna? Nieee, przecież ja rozwódka jestem, czyli nie panna.
Trzydziestoletnia rozwódka.

Pozostańmy przy samej trzydziestce.

30.

Na rozpoczęcie nowego życia nigdy nie jest za późno. Tak mówią.  Moje zaczęło się trzydzieści lat temu - lepiej późno, niż wcale. Tak mówią.

Chyba powinnam przeprowadzić coś w stylu "bilans trzydziestolatki"... czy cośtam. 
Może pod koniec tego wpisu uda mi się znaleźć ładniejszą nazwę.
Póki co bronię się od przygarnięcia sierściucha typu kot i założenia ciepłych, różowych kapci. 

Marzyłam o trzydziestce od przynajmniej kilku lat. Bez uwzględniania tutaj jakichkolwiek idei czy zamysłów, ot tak po prostu. Mam, cieszę się i tyle w sumie, fajerwerków nie było, ale ogromna radość, że marzenie moje ziściło się, o!

W głowie, owszem, poukładało się co nieco. Na prowadzenie wysuwają się nowe, często zaskakujące priorytety, a ustępują materialne potrzeby, prymitywne nawet czasem. Odzywają się instynkty (a tak niewiele czasu minęło od tego posta (postu?): thanks to myself), potrzeby - nazwijmy to - duchowe, emocjonalne, uczuciowe....

O dziwo, wraz z nadejściem upragnionej metryki odechciało mi się biegać. Truchtam sobie wprawdzie jeszcze, ale rzadko jakoś i jakoś bezjakościowo. Głęboko wierzę, że to tylko chwilowy kryzys i wraz z nadejściem mojej ukochanej pory roku nogi same będą rwały mi się do biegu. 
Od tygodni zabieram się za jogę, póki co raz w tygodniu, ale wiem, że zwiększę częstotliwość tych wygibasów.


Mówią, że "starzy ludzie" potrzebują coraz mniej snu - nagle bardziej wypoczęta czuję się po sześciu godzinach snu, a nie jak dotychczas po ośmiu :)


W wieku trzydziestu lat poznałam w końcu swoją grupę krwi, w celu zastosowania słynnej diety według Petera J. D'Adamo - po zapoznaniu się z listą szkodzących mi produktów, zarzuciłam ten pomysł w cholerę. Za bardzo mi smakują.

Tuż po urodzinach zamiast kupić sobie dawno obiecany piekarnik, wolałam spakować walizkę
 i z moją ukochaną psiapsiółą zwiedzić Barcelonę! Może chleba to ja tak szybko nie upiekę, ale czym jest ugniatanie ciasta na pieczywo w porównaniu do taaaakich cudownych widoków! Poza tym, podobno pieczywo w tych czasach nie jest zbyt zdrowe, więc piekarnik może poczekać ;)

Nie omieszkam napomknąć, że po przekroczeniu tej magicznej cyfry - jak wielokrotnie już wspomniałam - postanowiłam otworzyć wrota swego serca i wpuścić tam miłość, 
wierząc, że nadejdzie...

Powoli mija sobie trzeci miesiąc od przekroczenia progu trzy-zero, czuję że to będzie najciekawszy level w moim życiu. Też tak macie? :)





foto: http://mediad.publicbroadcasting.net/









wtorek, 1 września 2015

wrzesień w obrazach

W moim mniemaniu jeśli wrzesień - to i jesień :) 

Choć nasze ukochane lato jeszcze trwa, na stopach mienią się kolorowe pazurki i fikuśne sandałki, to gdzieś tam czuć już zapachy i kolory jesieni - równie ukochanej. O tej pięknej porze roku potrafię się rozpisywać na dziesiątki stron, lecz zamiast tego, wolę pokazać wam ją w obrazach: 



































piątek, 21 sierpnia 2015

rozmówki polsko-alkoho-love









- Co zrobisz, jeśli nam się kiedyś rodzina rozpadnie?  
- No trudno.


- Dlaczego nie pójdziesz na terapię? 
- Nie mam czasu na jakieś tam terapie. 
- A na picie i tym podobne akcje masz czas?

cisza.




- Jesteś alkoholikiem, masz problem z alkoholem, pijesz.
- Nie jestem alkoholikiem. Piję jak każdy normalny facet.


- Co musi się stać, żebyś poszedł się leczyć?! Mam na kolanach zacząć cię błagać, żebyś poszedł do specjalisty?
- Ty mi nie będziesz mówiła co mam robić.
- Ja nie. Wystarczy, że ci alkohol mówi.








foto: pixabay.com






piątek, 31 lipca 2015

o miłości słów kilka...






Co ja tam mogę wiedzieć o miłości?! 
Przecież jestem tylko dziewczyną w poszarpanych dżinach i wykoślawionych trampkach...

Jest ostatni dzień lipca. Prawdopodobnie jeden z najbardziej zimnych, dołujących i nudnych dni w roku. Okay, przesadziłam. Tego lata. Prawdopodobnie urlopowicze, którzy przyjechali nad Bałtyk przeklinają właśnie moment, w którym zaplanowali wakacje nad polskim morzem. Prawdopodobnie już nie co drugi, a każdy Polak rozmawia dziś o pogodzie. A ja lubię taką pogodę! Jesienna słota :) Rano nawet poczułam jakby był wczesny grudzień i przedświąteczna atmosfera w powietrzu :) 
A! I żebym nie zapomniała napisać, że spałam dziś w skarpetkach. W lipcu normalnie.
  

Piątek. 10:35. Temperatura: 12 stopni. Deszcz. 

W ten smutaśny, ponury dzień ludzie zapewne i myśli mają ponure, więc na przekór ja od rana chodzę całkiem roześmiana :) (dobra, tak napisałam, bo mi się do rymu świetnie ułożyło). A tak na poważnie - rozmyślam o miłości. Natchniona oczywiście nowym postem Agnieszki Maciąg wyprostowałam się, wzięłam głęboki oddech i poczułam się natchniona do... kochania! 

Miłość do siebie odkopałam z czeluści swojego serca już jakiś czas temu, swoją drogą niesamowicie oczyszczające uczucie! Zaczynasz normalnie w końcu siebie traktować, kochać swoje ciało, nawet z tymi mankamentami, które ma. Chcesz jeść tylko dobre jedzenie, takie które dopieści nie tylko zmysły, ale też skórę, wszystkie tkanki i organy. Potem chcesz być wdzięczna za to, że tyle dobra daje ci otaczający świat. W końcu postanawiasz trochę tego dobra przekazać, a kiedy orientujesz się, że wraca z nawiązką - dajesz śmielej, więcej. To właśnie miłość! 

Nie trzeba dowodów, wiary w cuda czy w "niewiadomoco". Nie trzeba mieć boga w sercu, obietnic ani wyrzeczeń. Wystarczy poznać prawdziwą miłość, wpuścić ją do serca, pielęgnować i podawać dalej. 

Kiedy kochamy, po jakimś czasie puka do nas szczęście. Jest owocem miłości - bez względu na to w jakiej postaci się pojawia, cieszmy się nim i szanujmy. 
Ostatnio siedząc przy stole z bliskimi, lekko sfrustrowany pewnymi realiami życia w naszym kraju mój szwagier, w odpowiedzi na moje pytanie "a ty nie jesteś szczęśliwy?" odpowiedział z ironią w głosie: "pokaż mi choć jedną osobę szczęśliwą" - bez chwili namysłu podniosłam rękę. Na samo hasło "szczęście" czuję przypływ pewności siebie i miłości do siebie. 
Tego samego życzę Wam w ten deszczowy, zimny piątek!





foto: my instagram

wtorek, 28 lipca 2015

#SPM: Dlaczego Barcelona?





Ktoś, kto bywa od czasu do czasu między kompletnie obcymi ludźmi, w zupełnie obcym kraju, przyzna mi chyba rację, że dopiero wtedy tak naprawdę odkrywa samego siebie, odczuwa wszystkimi zmysłami. 
Po długich miesiącach pracy, rutyny i wiercenia się we własnej strefie komfortu przychodzi czas na chillout, na beztroski luz i ładowanie wewnętrznych akumulatorów. 

Swoje baterie spontanicznie postanowiłam naładować w przepięknej Barcelonie. Potrzebowałam znaleźć się wśród ludzi, a Hiszpania wydała mi się idealnym miejscem. Na wyjazd wcale nie musiałam namawiać mojej serdecznej przyjaciółki - M. - wystarczyło hasło "Barcelona" i już kupowała bilety na samolot :)


Nie miałyśmy wątpliwości co do miejsca, które chcemy odwiedzić. Obie nie należymy do osób, które całymi dniami mogą leżeć na plaży i słodko leniuchować. Byłyśmy głodne kultury. Głodne sztuki. Głodne architektury i ludzi ( w sensie merytorycznym, rzecz jasna). Barcelona ma wszystko, o czym marzyłyśmy:


1. Sztuka.


Na każdym kroku, za każdym rogiem czai się ktoś, kto gra, śpiewa,  rysuje, maluje... Miałyśmy to szczęście, że pokój wynajęłyśmy w dość artystycznej dzielnicy niedaleko stacji metra Fontana, gdzie znajdują się małe galeryjki z obrazami, sklepiki z rękodziełem i studia tatuażu. 

Barcelona ma wiele do zaoferowania - muzea, galerie, teatry, musicale, budynki projektu Gaudiego. Niniejszym chciałabym wyróżnić miejsca, które przyczyniły się do tego, by o nich myśleć i rozmawiać jeszcze długo po zwiedzeniu:
Muzeum Sztuki Współczesnej MACBA - wystawa wywarła na mnie ogromne wrażenie, 
oraz Museu Picasso - muzeum prezentujące ogromną kolekcję obrazów artysty. Imponujące.

2. Architektura.


Oprócz przechadzania się między przepięknymi kamienicami w dzielnicy Barri Gotic, tworzącymi bardzo romantyczny klimat, w Barcelonie zwiedzić można również monumentalne budowle, takie jak: Casa BatlloCasa MilaCasa BrunoPałac GuellCatedral de BarcelonaSagrada FamiliaSanktuarium na Wzgórzach TibidaboTorre AgbarMuzeum Narodowe, oraz wiele innych...


3. Parki.


Jako że uwielbiam obcować z przyrodą, nie mogłam darować sobie takich miejsc jak przepiękny Park GuellŻydowskie Wzgórze czy Parc de la Ciutadella.


4. Plaże.


Plaża, dzika plaża... O tę dzikość trudno jednak w samej Barcelonie - na plaży niedaleko centrum miasta prężą się w promieniach słońca ciała turystów, jest na co popatrzeć ;)

Jeśli jednak ktoś nie przepada za tłumem na plaży to wystarcz czmychnąć metrem na mniej zaludnioną Playa de Badalona - tu poza miejscowymi palmami wypoczywają również miejscowi ludzie. Jest cudnie. 

5. Ludzie.


No właśnie, ludzie. Od razu po przyjeździe do Barcelony dało się zauważyć, że Katalończycy prowadzą wychilloutowany tryb życia. Nie czuć pośpiechu na ulicach, na wszystko jest czas. Panuje między nimi mega pozytywna energia! Nie narzekają na pogodę (co u nas jest na porządku dziennym), mimo uporczywych upałów przez cały dzień wyglądają świeżo (nie to co my - spocone turystki :D), chętnie pomagają turystom, nawet nie będąc proszonym o pomoc. O dziwo, wraz z M. zamiast oglądać się za przystojnymi Hiszpanami, nie mogłyśmy oderwać wzroku od pięknych Hiszpanek! Są przepiękne, świetnie ubrane i szczupłe! Do zakochania!


6. Jedzenie.


Kuchnia katalońska trafia akurat w mój gust, poza typowymi hiszpańskimi tapas, wspaniałym winem, zachwyciłam się również miejscowymi słodkościami oraz pieczywem, pycha! A dla tych, którzy pożerają również wzrokiem - konieczna wizyta na słynnym targu La Boqueria!


7. Imprezy.


Tu wystarczy jedno zdanie: Barcelona nigdy nie śpi. :)


8. Nie obyło się jednak bez rozczarowania:


Ten punkt musiał pojawić się w dzisiejszym poście. Planując urlop w Barcelonie nie da się nie zaplanować wypadu do Camp Nou, nie będąc nawet kibicem FC Barcelony. Bazując dotychczas na zdjęciach z internetu, bardzo rozczarowałyśmy się widokiem stadionu na żywo. Na usta cisnęło się jedno: kupa betonu. I tyle. Wieczorem stadion jest tak mizernie oświetlony, że nie udało nam się zrobić porządnego zdjęcia, może to i lepiej.

Drugim rozczarowaniem była Font Màgica de Montjuïc, która urzeka turystów podczas pokazów typu "woda - światło - dźwięk". Nas nie urzekła. Może dlatego, że za podkład muzyczny posłużyły hity muzyki pop, jakoś nie załapałam klimatu. Oczekiwałam chyba muzyki klasycznej, operowej. Stanowczo podobny pokaz w parku Planten un Blomen w Hamburgu robi o wiele większe wrażenie.

Podsumowując: Barcelonę zwiedza się fantastycznie zarówno w dzień, jak i w nocy. W podziemiach czekanie na metro umilają dźwięki akordeonu w rytmach "Bailando" Iglesiasa, a w kolejce po bilet do muzeum (który można również kupić online, co jest wygodniejszą opcją) można pokołysać się do hiszpańskich rytmów granych na gitarze i bębnach. 


Rekomendacja należy się oczywiście Martynie i Adrianowi, którzy udostępnili nam pokój w pięknej dzielnicy Barcelony, dla zainteresowanych kontakt: Noclegi w Barcelonie.


Jeśli zamierzacie w niedalekim czasie zwiedzić to piękne miasto, chętnie podzielę się wskazówkami dla świeżo upieczonego turysty ;) 





foto: privat







wtorek, 14 lipca 2015

Pięć grzechów głównych

Pytacie mnie coraz częściej o kilka faktów na mój temat, dziękuję Wam za zainteresowanie ;) Nie potrafię jednak opisać siebie w podpunktach typu: "dziesięć faktów na mój temat" czy "pięćdziesiąt rzeczy, których o mnie nie wiecie"  bo chyba nie doliczyłabym się ilości dziwnych pomysłów, krążących po moim małym móżdżku, podejrzewam, że sama nawet nie jestem w stanie okiełznać "faktów na swój temat". 
Co innego z grzeszkami, popełnianymi przeze mnie ^^ :

Grzeszek #1: Co jakiś czas, w ukryciu niemal, z wypiekami na twarzy oglądam " Tres metros sobre el cielo" oraz " Tengo ganas de ti"  - hiszpańskie, ckliwe i durne melodramaty o gówniarskiej miłości, zdradzie i innych takich dyrdymałach. Czuję się wtedy jak jędrna szesnastka, marząca o takiej miłości (a raczej o takim lovelasie :D). Młodości, trwaj! (swoją drogą, ciekawe kiedy mi przejdzie...?)

Grzeszek#2: Jak już jestem przy miłosnych dyrdymałach, to nie będzie dla niektórych czytających mnie tajemnicą, że namiętnie oglądam "Dirty Dancing" tudzież "Wirujący seks". Podczas gotowania, podczas sprzątania, podczas lotu samolotem, podczas jazdy samochodem, podczas dołów i radości. Tylko nie podczas seksu. Finito.

Grzeszek #3: Masło orzechowe. My love. My life. O każdej porze dnia lub nocy. Nawet z suchą krakowską.

Grzeszek #4: Lubię podglądać sąsiadów znad przeciwka. W końcu jestę polakię. No, ale nie posiadam firanki. Damn!

Grzeszek #5: Jadąc gdziekolwiek samochodem śpiewam. To znaczy... drę się, bo śpiewem tego bym raczej nie nazwała, raz nawet zapomniałam, że mam otwarte okna i stoję na światłach. Czekam tylko aż głos z głośników z nutą frustracji każe mi się w końcu zamknąć.

Więcej grzechów nie pamiętam (a raczej nie chciałabym). Sama chętnie dowiem się czegoś na temat Was, odwiedzających mnie tutaj, więc śmiało!

środa, 8 lipca 2015

#SPM: Dlaczego Köln?







Komuś, kto miał okazję mieszkać w Hamburgu, niełatwo przyczepić jakiemukolwiek innemu europejskiemu miastu etykietę z napisem "ładne". 
Hamburg jest piękny - fakt, ale o tym to ja pisałam w tym krótkim poście

Dziś będzie o Köln. Albo o Kolonii, jak kto woli. Nie żebym się uparła akurat na niemieckie miasta - wiele osób twierdzi, że nie przepada za Niemcami. Też długo nie przepadałam, ale jako że miłość od pierwszego wejrzenia zdarzyła mi się tylko raz w życiu (i tak nie przetrwała) to śmiem sądzić, że prawdziwej miłości trzeba cierpliwie doczekać - przynajmniej w moim skromnym przypadku - tak też było z tym pięknym krajem. Dobra, Dominik, do rzeczy!

Köln.

Na początku zaznaczam, że piszę kompletnie z subiektywnego spojrzenia na sprawę. Wiele osób, zapytanych o to miasto bez większego entuzjazmu odpowiada, że "nic specjalnego". Jedna katedra, jedna rzeka, jedna starówka i tyle. Rzeczywiście brzmi zwyczajnie. Z doświadczenia wiem, że nowe miejsce należy poczuć, a nie tylko pooglądać, zwiedzić. Köln to ja poczułam pełną gębą. Oczarowało mnie wieczorową porą, kiedy podziwiałam architekturę mieniącą się w setkach odcieni świateł, odbijających się w tafli wody przepięknego Renu. Spacerując po słynnym moście kolejowym, przecinającym Ren oglądałam tysiące kłódek przyczepionych do niego (najstarsze, które udało mi się spostrzec były z lat 70-tych ubiegłego wieku!), wyobrażając sobie chwile, w których wszyscy ci zakochani ludzie przypinali je symbolicznie w imię miłości. W takiej romantycznej atmosferze dotarłam w końcu do katedry - imponującej, wręcz zapierającej dech w piersiach gotyckiej budowli (jej budowa trwała w latach 1248-1880). Stoisz tam po prostu z głową zadartą do góry, próbując ogarnąć ogrom tej świątyni i trud pracy włożony w nią! Wrażenie jest niesamowite, a najgorsze jest to, że żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać wspaniałości tego miejsca, choćbyś napstrykał się sto razy. 

Z katedry, starówką można przejść spacerkiem, podziwiając przepiękne kamienice, utrzymane w słynnym, niemieckim porządku, zajadając gorące kasztany sprzedawane na straganie w wąskich uliczkach. 

W Kolonii oprócz zwiedzania, można się oczywiście dobrze zabawić. To miasto, niczym New York, nigdy nie śpi. Friesenplatz - ta część miasta z całą pewnością nie da pospać i śmiało mogę napisać, że fantastycznie tu zjesz i jeszcze fantastyczniej się pobawisz, koniecznie popijając Kölsch - regionalne, zimne piwko. 
Jeśli jednak nie przepadasz za piwkiem, to z czystym sumieniem mogę polecić zwiedzenie Muzeum Czekolady, w którym sama poczułam się jak mały Charlie :) słodkie pyszności!

Nie chciałabym dalej rozpisywać się tu w rodzaju "Superprzewodnik - zwiedź Köln w trzy dni", pokazując Wam listę kolejnych muzeów czy restauracji, w których dobrze zjecie, bo to wieje nudą. 
Chciałabym Was jednak zachęcić do tego, aby tu przyjechać (przylecieć - połączenia są mega tanie i mega dobre) i poczuć ten wspaniały klimat zarówno za dnia jak i w nocy ;)

Do tego miasta mam pewien sentyment, bo właśnie tu przeżyłam wspaniałe chwile, do których wracam myślami za każdym razem, kiedy tu jestem. Uwielbiam.




foto: privat










wtorek, 7 lipca 2015

Zatracenie








Przyznam szczerze, że tak bardzo zatraciłam się w przepięknej aurze lata, że nie zaglądałam do Was od dłuższego czasu. 
Nie znaczy to, że o Was nie myślę - wręcz przeciwnie! Myślę sobie ostatnio jak bardzo kocham ludzi, kocham życie i kocham siebie! W moim ciele ostatnimi czasy zamieszkały miliony endorfin - skrzydlate, małe, błękitne stworki (nic nie poradzę, wyobraźnia działa), które uroczo łechtają mnie po duszy. 

Czytam inspirujące książki, słucham przepięknej muzyki, patrzę na cudowne fotografie i spotykam niesamowitych ludzi, od których bije tyle pozytywnych emocji, że chciałoby się tańczyć. 
Wspominając własne lęki, stany depresyjne i bezsilność - towarzyszące mi w ubiegłym roku - wreszcie czuję, że to już dawno poza mną i z uniesioną głową oraz uśmiechem na twarzy pewnie idę przed siebie, nie oglądając się wstecz. 

Przed tygodniem skończyłam mój upragniony wiek 
(trzydziestka, juhu!) i nareszcie czuję, że moje życie zmierza we właściwym kierunku. Ze spokojem w sercu i w głowie śmiało mogę sobie życzyć miłości, nareszcie czuję, że jestem na nią gotowa...

I Wam, Kochani, również tego życzę! 



foto: my instagram




czwartek, 11 czerwca 2015

Mozzarella na plaży się smaży.



Akt pierwszy, scena pierwsza: 

Piaszczysta plaża, lazurowa woda, setki turystów uprawiających smażing w odcieniach palonego karmelu. I ja. Biała niczym mozzarella. Usmarowana od stóp po łeb, lepka od kremu z filtrem, na tej cudownej plaży poszukuję skrawka cienia. Kapelusz na głowie z rondlem wielkości spodka w Katowicach, tunika po kolana, przewiewna przynajmniej, okulary na nosie niczym gwiazda rodem z Hollywood. Cała, seksi-kurna-flexi ja. 

Akt pierwszy, scena druga:

Cienia nie znalazłszy podążam za "tłumem" i wykładam ręcznik w samym środku palącego słońca. Postanawiam się kąpać. Pierwszy dylemat typu "zdjąć czy nie zdjąć" mam już za sobą, wypracowałam sobie przez lata: jednym zamaszystym ruchem zrzucam tunikę i śpiesznie sunę do wody, najlepiej od razu po szyję, żeby nie kusić promieni (stwarzam sobie psychiczny komfort). Jest moc. Jest relaks. Jest po chwili lekka obawa, strach i odrobina paniki. Jest głęboki oddech. Jest relaks. Jest relaks. Woda mnie unosi. Jest relaks. 

Kurtyna.


Jest! Nareszcie nadeszło! Upragnione, wytęsknione i przez niemal wszystkich wyczekane lato! Piękne trzy miesiące błogiego, słonecznego lata. Świeże owoce zrywane prosto z krzaka, zapach traw i kwiatów w powietrzu, morska bryza, wiatr we włosach, szorty, krótkie spódniczki i opalone ciało. Czujecie ten klimat?

Wygrzebałam już letnie ubrania, koczujące przez większość roku w ciemnych czeluściach mojej szafy. Jakże przyjemny uśmiech na twarzy na widok dawno niewidzianych, letnich sukienek, lnianych koszul, szortów i strojów kąpielowych. Urlop na gorącej plaży już powoli się planuje, więc uśmiech coraz szerszy. Nie mogę doczekać się, kiedy wciągnę te kuse ciuszki na moje ciało i wystawię się na pełne słońce. Wróć! To nie moja bajka przecież! :D
Od mojej przygody z czerniakiem złośliwym mija w tym roku dziewięć lat - jestem przeszczęśliwa, że mam to za sobą i że nie było do tej pory żadnych tego typu paskudnych przygód. Oby tak dalej! 
Pamiętajcie, kochani, ze słońcem nie ma żartów! Niewinne opalanko w lipcu może skończyć się dramatem we wrześniu, albo i później. Kochasz swoje ciało? To mu to pokaż! Posmaruj wysokim filtrem - i to nie raz dziennie, a przynajmniej co dwie godziny! Chroń skórę, nie jesteś wężem, który ma to szczęście, że może ją zrzucić ;) 

Coś więcej o filtrach i ich stosowaniu przeczytacie u Sroki: hop-siup!
 Swoją drogą, to bardzo polecam ten blog! (...tego bloga?!) :)






foto: unsplash.com


czwartek, 14 maja 2015

dając z siebie setkę





Sześć lat temu, kiedy byłam bliska wiary w to, że będę kiedyś fantastyczną panią wychowawczynią - czy to w szkole czy w przedszkolu - na stażu w szkole integracyjnej zobowiązałam się przygotować projekt wielkanocny, w ramach zajęć plastycznych dla dzieciaków. Przegrywając w tym czasie z prokrastynacją, wymyśliłam na "pół gwizdka" jakiegoś zająca, nie za bardzo ogarniętego jak ja sama wówczas. Już na samym początku zajęć wiedziałam, że będę musiała nieźle improwizować, żeby jakoś przetrwać ten koszmar, który na własne życzenie sobie zgotowałam. Brak mojego zaangażowania odbił się na braku entuzjazmu dzieci. Kompletna klapa. Od mojej wyrozumiałej przełożonej usłyszałam "jeśli potrzebowałaś więcej czasu, to wystarczyło powiedzieć. Pamiętaj, albo rób coś na sto procent, albo wcale się do tego nie zabieraj". Przełknęłam gorycz porażki i zapamiętałam te słowa.

Dać z siebie setkę.

Nasze relacje z ludźmi, efektywność pracy czy odpowiednie poczucie własnej wartości wynikają właśnie z tego ile zaangażowania wkładamy w daną czynność, prościej ujmując: na ile nam się chce. 
Sama dorastałam w dość wygodnym (a raczej wygodnickim) otoczeniu, które za minimum wysiłku dostawało przeważnie maksimum korzyści. Z perspektywy czasu stwierdzam jednak, że nie do końca fajnie jest dorastać w takim systemie, wychodzisz potem z domu jako legalny dorosły, chcesz czegoś dokonać, a tu okazuje się, że trzeba się nieźle nagimnastykować by dostrzec sens swojego działania. Sens i pozytywne efekty.
Problem pojawia się, kiedy uświadamiam sobie, że próbuję zaangażować się w coś, co mi kompletnie nie leży, no i tu jest miejsce na zasadnicze pytanie:

czy warto angażować się w coś, na czym przestało mi zależeć?

Po popełnieniu kilku, wiele dla mnie znaczących błędów stwierdzam: otóż warto. Mimo wszystko. Po to choćby, by nie mieć po wszystkim do siebie żalu czy pretensji. Ile pracy i wysiłku muszę z siebie wykrzesać na samo "chcę mi się", by potem włożyć kolejny ogrom pracy w działanie. Bardzo często działanie to kończy się nijak, pojawia się frustracja a z nią brak wiary w swoje możliwości. Błędne koło. Ratuje mnie tylko fakt, że w końcu po uświadomieniu sobie swoich wad i po zaakceptowaniu ich zaczynam nad nimi pracować, a dawanie z siebie 100 % jest chyba najtrudniejszym dotąd wyzwaniem, bo potrzebne jest w każdej dziedzinie życia!

Skąd czerpać w takim razie zaangażowanie?

Odpowiedź jest prosta: z wnętrza. Z głębi siebie, ze swoich potrzeb, pragnień i lęków - wszyscy je posiadamy, u każdego są różne. 

Kiedy czuję, że kompletnie mi już nie leży jakaś sytuacja czy relacja, która ciągnie się od dłuższego czasu, powodując we mnie coraz częstszy niepokój, frustrację czy ogólny spadek formy, wyznaczam temu ostateczny czas - zazwyczaj kilka tygodni, nie dłużej niż trzy miesiące. Zakładając sobie taki okres kwarantanny - tak to sobie nazywam - od razu robi mi się porządek w głowie i emocjach, pozwalam sobie na ostatnie zaangażowanie i znajduję w sobie zapasy motywacji do działania. Daję z siebie sto procent. 
Po okresie kwarantanny, kiedy zbliża się wyznaczony przeze mnie termin, jestem w stanie świadomie ocenić dotychczasowe zaangażowanie i stwierdzić, czy jestem z tym szczęśliwa czy nie. Nawet jeśli ponoszę porażkę czy wręcz przeciwnie - efekt mnie zaskoczył - ten okres nie poszedł na marne, bo obojętnie jaka zostanie podjęta decyzja, zawsze dostaję cenną lekcję.

Wierzcie mi lub nie, ale ten post powstawał przez dwa tygodnie! DWA TYGODNIE! Zupełnie nie miałam weny na jakiekolwiek pisanie, jedno zdanie tworzyłam nawet przez kilka godzin, klnąc w myślach, że "piszesz durniu o dawaniu z siebie wszystkiego, a nie potrafisz wykrzesać jakiejkolwiek inwencji w napisaniu krótkiego wpisu..."  - no właśnie nie chciałam napisać czegoś na pół gwizdka, chciałam podzielić się z Wami tym, co właśnie odczuwam w głębi serca. I pomimo, że trwało wieki - udało mi się :)

 




foto: unsplash.com






środa, 29 kwietnia 2015

bo kobieta zmienną bywa





Kiedy ostatnio zdarzyło Ci się świadomie pokierować swoją rzeczywistość ku spełnieniu jakiegoś w głębi serca skrytego marzenia?

 Kiedy ostatnio zdarzyło Ci się skupić wyłącznie na sobie?

Kiedy w ogóle przyszedł ten moment, gdy nie bałaś się wypowiedzieć na głos, że potrzebujesz coś zmienić? A może przyszedł, ale nie miałaś tyle odwagi by się do tego przyznać?

Być może stwierdziłaś, że nie potrzebujesz wcale odmiany?

Nooo, kochana, to się grubo mylisz. Jesteś kobietą, a kobieta zmienną jest.

Myślisz sobie teraz zapewne, że skoro jesteś aktywną zawodowo matką dwójki, ba! Trójki dzieci, urobioną po łokcie to w pracy, to w domu, nie mającą czasu na myślenie o sobie to co będziesz głowę tego typu pierdołami zaprzątać?  - Otóż kochana, pamiętaj: kochasz dzieci, kochasz pracę (no, bez przesady), ale nie zapominaj, że najbardziej kochasz siebie! Jeśli myślisz, że zmiany nie są dla ciebie - zmień myślenie i działaj!
Nie myśl sobie, że skoro zmieniasz zdanie dziesięć razy dziennie to jesteś królową zmian, wręcz przeciwnie - to strata energii na twoje niezdecydowanie. Energię pakuj w działanie! Samo myślenie jest zaledwie zalążkiem działania, a wszystko w twoich rękach! Otwórz notes, wypisz otaczające cię rzeczy, twoje zachowania, które chciałabyś zmienić, potem spisz pomysły na to, w jaki sposób możesz je zmienić - okazuje się, że większość z nich nie wymaga jakichś kosmicznych zasobów energii czy mega nakładu finansowego (no chyba, że mieszkanie w przyciasnawej kawalerce nagle chciałabyś zamienić na obszerny bungalow na Malediwach...)

Bądź realistką, zacznij od drobnych rzeczy, takich irytujących twoją codzienność.



Otwórz swoją szafę - co widzisz? Od dziesięciu lat ten sam styl: wygodne t-shirty, tuniki-namioty, które doskonale ukryją twoje boczki, stos jeansów i wreszcie "półka sentymentalna" - twoje osobiste, niezmienne archiwum X. A teraz spójrz w lustro i kobieto, jesteś już po trzydziestce! Wyrzuć ten ciucholand na miarę dwudziestolatki! Wiem co piszę, sama mam problem z wyjściem ze starego stylu, ale się nie poddaję. Sentymenty z szafy już usunęłam, jest postęp ;) Masz problem z tym, że wchodząc do sklepu sięgasz automatycznie po "standardy"? Zmień to! Nic prostszego - chwyć po prostu kilka rzeczy, których nigdy w życiu byś nie chwyciła! U mnie podziałało, stałam się właścicielką sukienki w panterkę i niestety, muszę to napisać - wyglądam i czuję się w niej obłędnie! :)

Niech zgadnę, co tam upichciłaś na ostatni, niedzielny obiad... schabowy w panierce! Jeśli nie trafiłam - punkt dla ciebie, jeśli jednak często w niedzielę serwujesz swoim bliskim tradycyjny obiad z zawiesistym sosem, ziemniakami i mięsem w panierce, to please, zaprzestań w końcu. W tygodniu raczej mało która z nas ma ochotę i czas na gotowanie wymyślnych potraw, zrób to zatem w niedzielę, niech ten  posiłek będzie wyjątkowy sam w sobie, a nudny kotlet podaj psu.

Nie obawiaj się wypowiadać na głos swoich nawet kontrowersyjnych poglądów, dzięki temu dowiesz się, na kogo możesz liczyć mimo różnicy zdań, a kto wciśnie cię w schemat i nada etykietę.

Nie wymyślaj, że nie masz czasu na "zajmowanie się pierdołami" - żadna zmiana, tym bardziej dotycząca ciebie samej nie jest pierdołą. Poukładaj sobie w głowie, wylicz priorytety - tym najważniejszym powinna być twoja samorealizacja! Przypomnij sobie co sprawiało ci dotychczas największą radość? Co motywowało cię na pozytywne powitanie poniedziałku? Może niedzielna kolacja przy lampce wina z ukochanym? Albo wieczorna kąpiel twoich pociech? Spacer z psem na zakończenie weekendu? Cokolwiek! Spróbuj doszukać się przyjemności w najbardziej prozaicznych czynnościach i nie odtrącaj zmian! Wiosna jest przecież, nosz kurna...!






foto: pinterest.com











poniedziałek, 13 kwietnia 2015

#SPM: Dlaczego Hamburg?





#SPM - (nie mylić z PSM) czyli mój Subiektywny Przegląd Miejsc to strefa osobistych skojarzeń z miejscami i ludźmi, którą postaram się Wam w zupełnie subiektywny sposób przybliżyć. Dlaczego zaczynam od Hamburga?

Bo do tego ogromnego miasta mam ogromny sentyment. 

Podczas, gdy zaraz po maturze w Polsce większość moich znajomych składało papiery na studia, ja (jak zwykle zresztą przekornie) pakowałam torbę, by wyjechać do Hamburga i tu pomieszkać. Bez konkretnego planu, bez konkretnych ambicji, jak to gówniara chciałam spróbować nowego wyzwania. 

Tu mieszają się wszystkie odcienie ludzkiej skóry, języki, egzotyczne stroje, smaki i zapachy. Wchodzisz na klatkę schodową kamienicy i już domyślasz się jakiej narodowości ludzie mieszkają za poszczególnymi drzwiami. 
W Hamburgu znajdziesz fantastyczny ogród botaniczny Planten un Blomen - do którego przychodziłam z rodziną w każde wakacje szkolne w ubiegłym stuleciu (!) jak i Hamburger Dom - wesołe miasteczko. 
Oprócz genialnego pod względem architektonicznym Hafen City uwielbiam też zwiedzać samo centrum miasta z zatłoczonymi do granic możliwości ulicami, dworcem głównym, ratuszem i jeziorem Alster. 
Każda kolejna dzielnica tego miasta - obojętnie czy to rozpustne St. Pauli czy artystycznie kojarząca mi się Altona - to odkrywanie czegoś nowego. Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiło na mnie zwiedzanie zoo w dzielnicy Hagenbeck.
To miasto posiada też czwarty z największych cmentarzy na świecie - Friedhof Ohlsdorf (391 Ha), 
po którym spacer to niemal niekończąca się opowieść. 
Hamburg smakuje słodkim ciastkiem z ciasta francuskiego przekładanym cynamonem, czyli Franzbrötchen i słodką kawą polaną karmelem z Balzac'a w papierowym kubku.  

Spędziłam tu sześć lat. Paradoks mojej miłości do tego miasta jest taki, że o ile z biegiem czasu nie znosiłam tam mieszkać, o tyle uwielbiam zwiedzać Hamburg, przypominając sobie stare kąty i przeżycia z nimi związane. Tu wyszłam za mąż, tu zdiagnozowano u mnie raka, tu skończyłam szkołę, tu poznałam fantastyczną przyjaciółkę, tu nauczyłam się tęsknić za Ojczyzną. 
Tu wracam chętnie i z sentymentem zerkam w okna dawniej wynajmowanego przeze mnie mieszkania...





foto: pinterest.com


wtorek, 31 marca 2015

Wybór






Z wyborami bywa tak, że często nie pozostawiają nam wyboru - musisz wybrać i już.

Dziś w drodze do pracy pewien pan uświadomił mi - machając przy tym pięścią znad swojej kierownicy - pewną prostą, najprostszą wręcz na świecie prawdę: mamy wybór. W każdej minisekundzie naszej codzienności. 
Sytuacja bardzo banalna i nie budząca żadnych większych emocji: zimny, wietrzny poranek, godzina 7:43, jak zwykle spóźniona, spiesząc do pracy ustąpiłam pieszemu na przejściu. 
Panu zbliżającemu się z przeciwnej strony nie spodobało się to chyba za bardzo, bo ów lord szosy musiał niestety również zatrzymać swoje konie mechaniczne, klnąc za pewne pod nosem i grożąc mi włochatą pięścią. Koniec historii.

No i wiadomo, ciśnienie mi skoczyło, pierwsza myśl: "zaraz wyskoczę z samochodu i mu za tę pięść nastukam!" - jako, że jednak z wiadomych względów 
(czytaj: szef jednak zając - może uciec; czytaj #2: taka mocna to raczej tylko w gębie jestem, poza tym wiotka ze mnie kobietka) musiałam cisnąć dalej przed siebie pomyślałam, że przecież mam wybór. Po co tak wściekać się o 7:43 rano, skoro można przecież inaczej?!
Wszystkie nasze akcje i reakcje są kwestią wyboru, Pan Włochata Pięść również miał wybór: mógł poświęcić te kilka sekund po to, by wykazać się kulturą na drodze i pozwolić zmarzniętemu pieszemu spokojnie przejść przez ulicę. Wybrał jednak agresywną wersję poranka. 
Dobrze, mimo wszystko, że nie poszedł na całość i nie przejechał przechodnia. To byłby już hardcore.

Kwestia wyboru pojawia się wszędzie, czasem bardziej lub mniej narzucana, ale jednak koniec końców to ty wybierasz. 
Możesz zacząć prozaiczny dzień od głębokiego oddechu, uśmiechu do odbicia w lustrze (zwłaszcza na widok swej "porannej świeżości"), chłodnego prysznica i ciepłej wody z sokiem z cytryny, albo możesz zacząć go od pięciokrotnego wciskania drażniących drzemek w telefonie co pięć minut, zapalenia porannego papierosa i wypicia mocnej kawy. Sam wybierasz i sam zbierasz konsekwencje swoich wyborów.

Możesz żyć plotkami na temat sąsiadki z piętra wyżej, albo możesz spotkać się z przyjaciółką, która sama ci o sobie opowie.

Możesz taszczyć zgrzewkami wodę źródlaną z biedry, albo możesz pić kranówkę.

Możesz zalec na sofie przed Chodakowską, albo możesz pobiegać w parku.

Możesz wybrać Korwina-Mikkego na prezydenta, albo możesz kochać swoją ojczyznę.

Możesz znielubić swoją pracę, albo możesz zrobić wszystko, co w twojej mocy, by ją pokochać. Możesz ją też zawsze rzucić.

Możesz tkwić w nieudanym związku "dla dobra dzieci", albo możesz tym dzieciom podarować spokój, szacunek, miłość i szczęście.

Możesz wierzyć w sąd ostateczny, albo możesz prosić o wybaczenie człowieka, którego zraniłeś.

Możesz żyć marzeniami, albo możesz te marzenia wprowadzać w życie.

Możesz się ze mną zgodzić. Możesz i nie.

Możesz zostawić swój komentarz. I tu nie masz wyboru, bo ciekawa jestem z jakimi wyborami zmagasz się codziennie! ;)

Ok, Ok.... możesz też nic nie komentować...





Foto: pinterest.com


 

środa, 18 marca 2015

Spring

Jak wiecie, rozstania przeważnie bywają trudne i smutaśne, a że należę do nielicznych kochających zimę, to z lekką tęsknotą będę wyczekiwała tej kolejnej. Kozaki i zimowe płaszcze czyściutkie schowałam wgłąb szafy, tak samo jak wełniane czapki, szaliki czy rękawiczki. Rozstałam się też z nadprogramowymi, zimowymi kilogramami (tu akurat tęsknić nie będę, aczkolwiek wiem, że powrócą ochoczo), jazzowymi brzmieniami, które zamieniam powoli na francuskie - "świeże", towarzyszące mi przy przygotowywaniu wiosennych sałatek w kuchni. Dlaczego francuski język i akordeon w tle kojarzy mi się akurat ze świeżością?? Nie wiem, tak jakoś wszystko razem wiosennie brzmi :) 

Jako, że sezon na powitanie wiosny uważam oficjalnie za otwarty przygotowałam małą galerię, dzięki której może i Wy również poczujecie trochę tej samej energii w dzisiejsze piękne, słoneczne popołudnie! Enjoy! 





 

  

 

 

 

 

 

 

 





Foto: pinterest.com