środa, 28 stycznia 2015

psychowątki






Twórcze myśli nachodzą mnie zazwyczaj w czwartki, 
twórcze - to trochę za dużo powiedziane, po prostu w czwartki zdarza mi się myśleć... najmyślniej.
Mimo, iż zdaję sobie sprawę, że ten przysłówek nie powinien mieć tu w ogóle miejsca - no bo jak ma mieć miejsce coś, co nie istnieje - to zaryzykowałam, uff. 
Jako, że wraz z dzisiejszym dniem - pomiędzy jednym kubkiem herbaty, a drugim -  pojawiły się okoliczności skłaniające do wysnucia kilku wątków, zaryzykowałam po raz drugi i świadomie postanowiłam popełnić myślenie. Subiektywne i nie wnoszące niczego w dalszą próbę pojęcia otaczającej mnie rzeczywistości.
Każdemu z nas dzieją się przypadłości codzienności, które albo wywołują przyjemne uczucie gdzieś 
w okolicy brzucha, albo wręcz odwrotnie - drażnią, irytują, w******ją. Oto kilka przykładów:



WŁOS W ZUPIE.
Znajduję notorycznie: w sałatce, w zupie, w torcie, w croissancie, w rybie po grecku, w panierce kotleta , a raz nawet w śliwce w czekoladzie znanego producenta słodkości. Jeszcze nie zdarzyło mi się znaleźć w herbacie, ale wszystko przede mną.
  
SIORBANIE HERBATY.
Nigdy nie zrozumiem po co i dlaczego. 

KRUSZENIE WAFLA RYŻOWEGO.
Lubie czasem jako przekąskę do pracy, ale ten ryżowy pył na biurku i między literkami klawiatury doprowadza mnie do pasji!

TARCIE SZTUĆCAMI O TALERZ.
Na samą myśl o tym dźwięku wzdrygam się i krzywię.

SKARPETKI NIE DO PARY.
No irytacja do potęgi! Złapałam się nawet na tym, że po kryjomu, cichaczem przekładam czasem NIE SWOJE skarpetki suszące się po praniu, tak by odzyskać równowagę psychiczną :) - moją, nie skarpetek. 

Dla równowagi znalazłam również kilka przyjemnych rzeczy:

ZAPACH POŚCIELI SUSZONEJ NA ŚWIEŻYM POWIETRZU.
Świeżość, błogość, i relaks - takie skojarzenia nasuwają mi się na tę myśl.

HERBATA W KUBKU.
Mam wrażenie, że po prostu lepiej smakuje.

SZELEST STRON KSIĄŻKI.
Tego nie da mi żaden audiobook czy inna e-książka.

ZAPACH KSIĄŻKI.
Patrz wyżej.

ODDECH AUTA PO SZYBKIEJ JEŹDZIE.
No moim pierdolotem to raczej zawrotnej prędkości nie osiągnę, ale to cykanie pod maską sportowego samochodu po szybkiej jeździe - melodia dla uszu!


Zdjęcie: fallforward.wordpress.com







czwartek, 22 stycznia 2015

Wszechlenistwo






Ogarnia mnie zawsze. Zarówno w najbardziej jak i w najmniej odpowiednim momencie. 

Bo takie np. zalegnięcie w dresie na sofie wieczorową porą z kubkiem herbaty w jednej i pilotem w drugiej dłoni - to nawet przyjemne jest i całkiem twórcze w moim wykonaniu, bo ileż to pomysłów na efektywniejsze spędzenie tej właśnie chwili przewija mi się w owej chwili przez głowę: to, że mogłabym wcisnąć legginsy na tyłek i pójść pobiegać (pójść pobiegać - dobre), albo przywieźć gitarę od taty i nauczyć się na niej grać, albo poczytać coś po "zagranicznemu" i tym samym podszlifować język, albo zacząć tworzyć genialny biznesplan prowadzący do jeszcze genialniejszej samorealizacji w czekającej mnie przyszłości, albo, albo, albo.... ale mi się nie chce. Jestem leniem.

Leń.

Z natury leniwa jestem i byłam zawsze. Nie widać tego po mnie wcale, bo dobrze to moje lenistwo nauczyłam się już kamuflować, nawet przed samą sobą. Jak, pytacie? 

Dyscyplina.
Organizacja.
Kreatywność.
Dyscyplina. Organizacja. Kreatywność. 
#dyscyplinaorganizacjakreatywność

Jakkolwiek bym tego nie napisała - staram się wpajać sobie do głowy codziennie te trzy zasady. Są banalne, lecz dla rasowego leniucha bywają często nie lada wyzwaniem! Z tymi zasadami nie wystarczy oswajać się tylko teoretycznie - jako, że najchętniej przy teorii bym pozostała (i tu "robię ukłon" - uwielbiam ten zwrot - w stronę mojej strefy komfortu*) postanowiłam wprawić teorię w ruch:

Dyscyplina = jakakolwiek aktywność fizyczna, nieważne ile, ważne że regularnie.

Organizacja = nie pozwól sobie na schemat typu "praca-dom, praca-dom", mimo, że zapewne dobrze sobie organizujesz codzienność warto czasami zorganizować sobie coś zupełnie z innej beczki, a do tego potrzebna jest odrobina wyobraźni.

Kreatywność = często żyję marzeniami i przychodzą mi głupawe rzeczy do głowy, które realizuję, bądź zamierzam zrealizować przy odrobinie dobrej organizacji i dyscypliny. 

I tu kółko kręci się dalej. 

Od mojego powrotu do "stateczności" minęły właśnie trzy miesiące i już czuję powoli, że moszczę się i moszczę w tej mojej strefie komfortu, popadając w coraz to większe lenistwo i rutynę, nawet wypad do kina planuję z przyjaciółkami niczym jakiś wielki event z dwutygodniowym wyprzedzeniem. 
No Dramat.

W walce o motywację do pracy pomogły mi moje greckie, niebieskie drzwi - małe bujanko w obłoczkach w ramach odskoczni od rzeczywistości, które pomogło mi się ogarnąć. To, że ten post powstaje właśnie w godzinach pracy to efekt spontanicznej potrzeby jest - właśnie mam przerwę ;)

Walka z lenistwem trwa natomiast od zawsze i trwać będzie zapewne długo, długo jeszcze i wbrew przekonaniu typu "z naturą nie wygrasz" to akurat dla siebie widzę honorowe miejsce na podium. Z jakiej paki? A z takiej, że prócz leniwej natury posiadam też kolejną, dość upierdliwą cechę - przekorność.

*strefę komfortu zagwieździłam, ponieważ często ostatnio się o niej pisze, a raczej o wyjściu z niej. Niedługo pewnie i ja coś w tym temacie nasmaruję. 

czwartek, 15 stycznia 2015

Moje greckie, niebieskie drzwi...







Drogi Pamiętniczku....bla bla bla...
Spadek energii. Tak jakby jakaś depresyjka pukała do drzwi - to się kurna zdziwi, bo nie wpuszczę!
Skupiam się jak tylko mogę i nie popadam w negowanie rzeczywistości, jest jaka jest - szara, zmęczona - ale jest tu i teraz. Fuck.
Rada jest jedna: dużo sportu = dużo endorfin. Dużo czekolady = dużo endorfin. Dużo seksu = dużo endorfin. Podobno. Dużo marzeń = dużo endorfin.
Bilans? 
Sport - co drugi dzień czuję pieprzone zakwasy po Chodakowskiej. Uśmiech na twarzy i mocny brzuch też bywa.
Czekolada - skusiłam się na pyszny blok czekoladowy mojego szwagra: chwila totalnej przyjemności i trzy dni cierpienia after. Ale warto było.
Seks - z perspektywy świeżo upieczonej singielki stwierdzam, że życie seksualne singla w moim wykonaniu nie jest wcale takie wyuzdane i bujne jak sobie wyobrażałam, co więcej - nie istnieje praktycznie wcale.
Marzenia - właśnie bujam w obłokach i jest mi błogo.
Gdzie chciałabym aktualnie być?
Tawerna grecka na Krecie.
Co chciałabym aktualnie robić?
Popijać sok ze świeżo wyciśniętej limonki i pisać książkę.
W co chciałabym być ubrana?
W letnią, błękitną, zwiewną sukienkę sięgającą ziemi, kremowy kapelusz i okulary przeciwsłoneczne.
Jaki widok chciałabym mieć przed oczami?
Lazurowe morze, kwitnące drzewa i bajecznie niebieskie drzwi greckiej tawerny.
Jak chciałabym się czuć?
Beztrosko....

Gdzie aktualnie jestem?
W pracy, która mnie mimo najszczerszych chęci i starań nie kręci i nudzi.
Co aktualnie robię?
Obdzwaniam Europę zachodnią zgrywając ważną biznesłomen.
W co jestem ubrana?
Z pewnością nie w błękitną, zwiewną sukienkę. I boso też nie jestem. Opinające dżiny i nudny sweterek.
Jaki widok mam przed oczami?
Przed oczami oczywiście ekran komputera, a za oknem - cuda niewidy maszyny do recyklingu, wóz strażacki i las bez liści.
Jak się czuję?
Znudzona. Zmęczona. Lekko rozbawiona, bo po drugiej stronie mózgu grecy właśnie tańczą zorbę...

  

czwartek, 8 stycznia 2015

Like it. Dislike it. Fuck it.






To, że ten wpis się właśnie pojawił, to zupełnie spontaniczne, nie do końca przemyślane, szybkie stukanie palcami po klawiaturze jest. A zaczęło się od tego, że mi się zachciało. 
Zachciało mi się chwycić powoli zalegający kurzem styczniowy numer "SENSU", a tam - artykuł o kreacji w sieci - na fejsbuku dokładniej ujmując. Tekst jakich wiele: o tym jak to "spędzamy życie w wirtualnej rzeczywistości" (tak na marginesie, a raczej w nawiasie, już za parę dekad to "namacalna" rzeczywistość będzie nas zapewne bardziej zastanawiać niż ta wirtualna). 
Żeby nie było - rzeczywistość jest tylko jedna, spędzamy ją na spacerze z psem, rozmowie przy kubku herbaty lub wpatrując się w ekran tak jak w tej chwili na przykład. Sensacji nie odkryłam. Po skończeniu czytania tego ciekawego artykułu pierwszą myślą, która pojawiła się w mej głowie było: no ja z tym problemu nie mam - po czym odruchowo chwyciłam telefon i... no. Wlazłam na fejsbuka.

I się zaczęło...

Kierowana podświadomie świeżo przeczytanym tekstem weszłam na kilka "osi czasu" (wtf?!) moich znajomych i co zobaczyłam? No wiadomo: "selfie z choinką", "pierwsza kupka Zdzisia", "Piotruś na kacu", "to na obiad, a to na kolację", "selfie ze spakowaną walizką" i takie tam.. Masowe ochujenie. Ze mną włącznie. Zirytowałam się tymi sfotoszopowanymi zdjęciami, pod którymi słodko wylizujemy sobie rowki, jednocześnie unosząc kciuk, nie wspominając o stawianiu wirtualnych zniczy na profilach użytkowników - nieboszczyków, których to profilów nikt nie odważy się usunąć.
  
Dlatego niniejszym pragnę obwieścić wszem i wszom i wobec nawet, iż mam ochotę na game over, a że z natury raczej porywcza jestem, to się po prostu zlogoutuję. Ot, taki akt odwagi. 


R.I.P. FACEBOOK [*]





czwartek, 1 stycznia 2015

Nowe

... i nie mam na myśli żadnego rozpisywania się na temat noworocznych życzeń czy mojej przedługiej listy nawymyślanych postanowień noworocznych. 

Nowe. 

Nowe przemyślenia. Nowe pomysły. Nowe refleksje. Nowa szansa. Nowa motywacja.

Nowy Rok.