czwartek, 8 stycznia 2015

Like it. Dislike it. Fuck it.






To, że ten wpis się właśnie pojawił, to zupełnie spontaniczne, nie do końca przemyślane, szybkie stukanie palcami po klawiaturze jest. A zaczęło się od tego, że mi się zachciało. 
Zachciało mi się chwycić powoli zalegający kurzem styczniowy numer "SENSU", a tam - artykuł o kreacji w sieci - na fejsbuku dokładniej ujmując. Tekst jakich wiele: o tym jak to "spędzamy życie w wirtualnej rzeczywistości" (tak na marginesie, a raczej w nawiasie, już za parę dekad to "namacalna" rzeczywistość będzie nas zapewne bardziej zastanawiać niż ta wirtualna). 
Żeby nie było - rzeczywistość jest tylko jedna, spędzamy ją na spacerze z psem, rozmowie przy kubku herbaty lub wpatrując się w ekran tak jak w tej chwili na przykład. Sensacji nie odkryłam. Po skończeniu czytania tego ciekawego artykułu pierwszą myślą, która pojawiła się w mej głowie było: no ja z tym problemu nie mam - po czym odruchowo chwyciłam telefon i... no. Wlazłam na fejsbuka.

I się zaczęło...

Kierowana podświadomie świeżo przeczytanym tekstem weszłam na kilka "osi czasu" (wtf?!) moich znajomych i co zobaczyłam? No wiadomo: "selfie z choinką", "pierwsza kupka Zdzisia", "Piotruś na kacu", "to na obiad, a to na kolację", "selfie ze spakowaną walizką" i takie tam.. Masowe ochujenie. Ze mną włącznie. Zirytowałam się tymi sfotoszopowanymi zdjęciami, pod którymi słodko wylizujemy sobie rowki, jednocześnie unosząc kciuk, nie wspominając o stawianiu wirtualnych zniczy na profilach użytkowników - nieboszczyków, których to profilów nikt nie odważy się usunąć.
  
Dlatego niniejszym pragnę obwieścić wszem i wszom i wobec nawet, iż mam ochotę na game over, a że z natury raczej porywcza jestem, to się po prostu zlogoutuję. Ot, taki akt odwagi. 


R.I.P. FACEBOOK [*]





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz