wtorek, 31 marca 2015

Wybór






Z wyborami bywa tak, że często nie pozostawiają nam wyboru - musisz wybrać i już.

Dziś w drodze do pracy pewien pan uświadomił mi - machając przy tym pięścią znad swojej kierownicy - pewną prostą, najprostszą wręcz na świecie prawdę: mamy wybór. W każdej minisekundzie naszej codzienności. 
Sytuacja bardzo banalna i nie budząca żadnych większych emocji: zimny, wietrzny poranek, godzina 7:43, jak zwykle spóźniona, spiesząc do pracy ustąpiłam pieszemu na przejściu. 
Panu zbliżającemu się z przeciwnej strony nie spodobało się to chyba za bardzo, bo ów lord szosy musiał niestety również zatrzymać swoje konie mechaniczne, klnąc za pewne pod nosem i grożąc mi włochatą pięścią. Koniec historii.

No i wiadomo, ciśnienie mi skoczyło, pierwsza myśl: "zaraz wyskoczę z samochodu i mu za tę pięść nastukam!" - jako, że jednak z wiadomych względów 
(czytaj: szef jednak zając - może uciec; czytaj #2: taka mocna to raczej tylko w gębie jestem, poza tym wiotka ze mnie kobietka) musiałam cisnąć dalej przed siebie pomyślałam, że przecież mam wybór. Po co tak wściekać się o 7:43 rano, skoro można przecież inaczej?!
Wszystkie nasze akcje i reakcje są kwestią wyboru, Pan Włochata Pięść również miał wybór: mógł poświęcić te kilka sekund po to, by wykazać się kulturą na drodze i pozwolić zmarzniętemu pieszemu spokojnie przejść przez ulicę. Wybrał jednak agresywną wersję poranka. 
Dobrze, mimo wszystko, że nie poszedł na całość i nie przejechał przechodnia. To byłby już hardcore.

Kwestia wyboru pojawia się wszędzie, czasem bardziej lub mniej narzucana, ale jednak koniec końców to ty wybierasz. 
Możesz zacząć prozaiczny dzień od głębokiego oddechu, uśmiechu do odbicia w lustrze (zwłaszcza na widok swej "porannej świeżości"), chłodnego prysznica i ciepłej wody z sokiem z cytryny, albo możesz zacząć go od pięciokrotnego wciskania drażniących drzemek w telefonie co pięć minut, zapalenia porannego papierosa i wypicia mocnej kawy. Sam wybierasz i sam zbierasz konsekwencje swoich wyborów.

Możesz żyć plotkami na temat sąsiadki z piętra wyżej, albo możesz spotkać się z przyjaciółką, która sama ci o sobie opowie.

Możesz taszczyć zgrzewkami wodę źródlaną z biedry, albo możesz pić kranówkę.

Możesz zalec na sofie przed Chodakowską, albo możesz pobiegać w parku.

Możesz wybrać Korwina-Mikkego na prezydenta, albo możesz kochać swoją ojczyznę.

Możesz znielubić swoją pracę, albo możesz zrobić wszystko, co w twojej mocy, by ją pokochać. Możesz ją też zawsze rzucić.

Możesz tkwić w nieudanym związku "dla dobra dzieci", albo możesz tym dzieciom podarować spokój, szacunek, miłość i szczęście.

Możesz wierzyć w sąd ostateczny, albo możesz prosić o wybaczenie człowieka, którego zraniłeś.

Możesz żyć marzeniami, albo możesz te marzenia wprowadzać w życie.

Możesz się ze mną zgodzić. Możesz i nie.

Możesz zostawić swój komentarz. I tu nie masz wyboru, bo ciekawa jestem z jakimi wyborami zmagasz się codziennie! ;)

Ok, Ok.... możesz też nic nie komentować...





Foto: pinterest.com


 

środa, 18 marca 2015

Spring

Jak wiecie, rozstania przeważnie bywają trudne i smutaśne, a że należę do nielicznych kochających zimę, to z lekką tęsknotą będę wyczekiwała tej kolejnej. Kozaki i zimowe płaszcze czyściutkie schowałam wgłąb szafy, tak samo jak wełniane czapki, szaliki czy rękawiczki. Rozstałam się też z nadprogramowymi, zimowymi kilogramami (tu akurat tęsknić nie będę, aczkolwiek wiem, że powrócą ochoczo), jazzowymi brzmieniami, które zamieniam powoli na francuskie - "świeże", towarzyszące mi przy przygotowywaniu wiosennych sałatek w kuchni. Dlaczego francuski język i akordeon w tle kojarzy mi się akurat ze świeżością?? Nie wiem, tak jakoś wszystko razem wiosennie brzmi :) 

Jako, że sezon na powitanie wiosny uważam oficjalnie za otwarty przygotowałam małą galerię, dzięki której może i Wy również poczujecie trochę tej samej energii w dzisiejsze piękne, słoneczne popołudnie! Enjoy! 





 

  

 

 

 

 

 

 

 





Foto: pinterest.com



czwartek, 12 marca 2015

Strefa komfortu







Wiosna to idealna pora na wzięcie się w garść i wyjście ze strefy komfortu. 


Strefa komfortu? A z czym to się je?

Zauważyłam, że wielu moich znajomych (od czasu kiedy się z fejsbuka wypisałam, nagle tych znajomych mam o dziwo mniej, aczkolwiek jacyś tam się jeszcze ostali) myli pojęcie "strefy komfortu" z samym "komfortem" - na zasadzie, że skoro "komfort" to "przyjemnie". No więc nie tak do końca, kochani, bo w strefie komfortu nie o przyjemności się rozchodzi, wręcz przeciwnie - stwarzamy sobie taką strefę, w której mimo lęku, niechęci, różnych obaw, depresji czy innych paranoi tkwimy, wręcz egzystujemy nie robiąc nic, by było nam lepiej. To jest właśnie ta strefa komfortu. Co gorsza - tkwiąc w niej tak od jakiegoś czasu nie chce nam się, lub czujemy się zbyt ograniczeni by podjąć jakiekolwiek ryzyko, by z niej wyjść. Bo po jaką cholerę wychodzić z domku bez okien, do którego czarnych, pustych ścian jesteśmy już przyzwyczajeni? Dostosowani? Po co zaczynać coś zmieniać, skoro brakuje nam wiary we własne siły, możliwości i motywacji? Otóż po to, by wreszcie

Zakończyć toksyczne relacje!

Poszukać satysfakcjonującej pracy, lub satysfakcji z tej dotychczas wykonywanej!

Poznać nowych ludzi!

Założyć nowe cele na ten rok (niekoniecznie na całe życie)!

Ruszyć się z miękkiej sofy, wyłączyć Wojewódzkiego w tv i pójść na rower!

Zabrać psa ze schroniska na spacer po lesie!

Zacząć realizować dotychczas niespełnione marzenia!

Pójść na spektakl do teatru przynajmniej trzy razy w roku!

Odwiedzić galerię (nie handlową)!

Kupić książkę co miesiąc!

Znaleźć pasję i pielęgnować ją!  

Zrobić COKOLWIEK, czego nie robi się zwykle! 

ZACZĄĆ ŻYĆ po swojemu!


Ciekawa jestem czy i jakie kroki podejmujecie, by wyjść ze swojej strefy komfortu?





Foto: pinterest.com

środa, 4 marca 2015

thanks to myself






Wszystko podobno zaczyna się w głowie. Powiedzmy, że takową posiadam i staram się robić z niej użytek. Od czasu do czasu rzecz jasna, nie żeby non stop.
Zainspirowana lekturą kilku bardzo istotnych w moim życiu książek (i tu powinien być ten moment na wymianę tytułów, aczkolwiek ja nie o tym) poczynam od tygodni intensywne, egzystencjalne pomyślunki.
Obserwuję otoczenie, interpretuję sytuacje, przyglądam się ludziom, ich zachowaniom, słucham tego co mówią i wnioskuję rozmaite teorie, sprowadzające mnie do świadomego utwierdzenia w kilku przekonaniach:

Jestem tym co jem.
Jestem tym, kim wierzę, że jestem.

Kwestia własnego rozwoju jest dla mnie - jako dobijającej do ukończenia wymarzonej trzydziestki kobiety - najważniejszą podstawą dalszej egzystencji na tym pięknym świecie. Mam ten (nazwijmy to) komfort, że nie jestem matką, żoną czy nawet posiadaczką jakiegoś pałętającego się pod nogami zwierza (choć przyznaję, myślę o tym ostatnio coraz intensywniej), która większość swojej uwagi musi chcąc nie chcąc poświęcać dziecku czy facetowi, a na końcu jeśli starczy jej sił - sobie. Żeby nie było: nie potępiam spełnionych, młodych matek czy świeżo upieczonych żon! Każda z nas ma wybór i wie co dla niej najlepsze, więc ciesz się babo tym, co osiągnęłaś. Hallelujah.
Chodzi mi o to, że uparcie twierdziłam przez ostatnie dziesięć lat, że nie chcę mieć dzieci, mimo iż byłam w powiedzmy szczęśliwym związku z facetem, u boku którego przez większość minionego czasu wyobrażałam sobie spędzenie życia. Teraz, po wielu zawirowaniach, przyznaję, że dziękuję sobie za uparte trzymanie się postanowień. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym być teraz w innym punkcie na mojej życiowej mapie, z bagażem w postaci dodatkowych czterech kończyn. Ostatnie lata przyniosły mi przeogromną ilość doświadczeń i klarownych poglądów na pewne sytuacje. Weryfikując każdy miniony dzień, coraz bardziej obchodzi mnie świadome podejmowanie decyzji, kierujących mnie w najróżniejsze strony rzeczywistości. Dzięki temu, że spędzam mnóstwo czasu sama ze sobą mam możliwość skupienia się tylko i wyłącznie na własnych potrzebach i zachciankach, wiedząc, że kiedy już będę miała dość wyłącznie swojego towarzystwa, nadejdzie czas na zmiany. Fajnie jest uświadomić sobie tak ważne, rozwojowe kwestie po to choćby, by stanąć przed lustrem, uśmiechnąć się serdecznie i na głos sobie podziękować. Śmiało!




Foto: pinterest.com