czwartek, 14 maja 2015

dając z siebie setkę





Sześć lat temu, kiedy byłam bliska wiary w to, że będę kiedyś fantastyczną panią wychowawczynią - czy to w szkole czy w przedszkolu - na stażu w szkole integracyjnej zobowiązałam się przygotować projekt wielkanocny, w ramach zajęć plastycznych dla dzieciaków. Przegrywając w tym czasie z prokrastynacją, wymyśliłam na "pół gwizdka" jakiegoś zająca, nie za bardzo ogarniętego jak ja sama wówczas. Już na samym początku zajęć wiedziałam, że będę musiała nieźle improwizować, żeby jakoś przetrwać ten koszmar, który na własne życzenie sobie zgotowałam. Brak mojego zaangażowania odbił się na braku entuzjazmu dzieci. Kompletna klapa. Od mojej wyrozumiałej przełożonej usłyszałam "jeśli potrzebowałaś więcej czasu, to wystarczyło powiedzieć. Pamiętaj, albo rób coś na sto procent, albo wcale się do tego nie zabieraj". Przełknęłam gorycz porażki i zapamiętałam te słowa.

Dać z siebie setkę.

Nasze relacje z ludźmi, efektywność pracy czy odpowiednie poczucie własnej wartości wynikają właśnie z tego ile zaangażowania wkładamy w daną czynność, prościej ujmując: na ile nam się chce. 
Sama dorastałam w dość wygodnym (a raczej wygodnickim) otoczeniu, które za minimum wysiłku dostawało przeważnie maksimum korzyści. Z perspektywy czasu stwierdzam jednak, że nie do końca fajnie jest dorastać w takim systemie, wychodzisz potem z domu jako legalny dorosły, chcesz czegoś dokonać, a tu okazuje się, że trzeba się nieźle nagimnastykować by dostrzec sens swojego działania. Sens i pozytywne efekty.
Problem pojawia się, kiedy uświadamiam sobie, że próbuję zaangażować się w coś, co mi kompletnie nie leży, no i tu jest miejsce na zasadnicze pytanie:

czy warto angażować się w coś, na czym przestało mi zależeć?

Po popełnieniu kilku, wiele dla mnie znaczących błędów stwierdzam: otóż warto. Mimo wszystko. Po to choćby, by nie mieć po wszystkim do siebie żalu czy pretensji. Ile pracy i wysiłku muszę z siebie wykrzesać na samo "chcę mi się", by potem włożyć kolejny ogrom pracy w działanie. Bardzo często działanie to kończy się nijak, pojawia się frustracja a z nią brak wiary w swoje możliwości. Błędne koło. Ratuje mnie tylko fakt, że w końcu po uświadomieniu sobie swoich wad i po zaakceptowaniu ich zaczynam nad nimi pracować, a dawanie z siebie 100 % jest chyba najtrudniejszym dotąd wyzwaniem, bo potrzebne jest w każdej dziedzinie życia!

Skąd czerpać w takim razie zaangażowanie?

Odpowiedź jest prosta: z wnętrza. Z głębi siebie, ze swoich potrzeb, pragnień i lęków - wszyscy je posiadamy, u każdego są różne. 

Kiedy czuję, że kompletnie mi już nie leży jakaś sytuacja czy relacja, która ciągnie się od dłuższego czasu, powodując we mnie coraz częstszy niepokój, frustrację czy ogólny spadek formy, wyznaczam temu ostateczny czas - zazwyczaj kilka tygodni, nie dłużej niż trzy miesiące. Zakładając sobie taki okres kwarantanny - tak to sobie nazywam - od razu robi mi się porządek w głowie i emocjach, pozwalam sobie na ostatnie zaangażowanie i znajduję w sobie zapasy motywacji do działania. Daję z siebie sto procent. 
Po okresie kwarantanny, kiedy zbliża się wyznaczony przeze mnie termin, jestem w stanie świadomie ocenić dotychczasowe zaangażowanie i stwierdzić, czy jestem z tym szczęśliwa czy nie. Nawet jeśli ponoszę porażkę czy wręcz przeciwnie - efekt mnie zaskoczył - ten okres nie poszedł na marne, bo obojętnie jaka zostanie podjęta decyzja, zawsze dostaję cenną lekcję.

Wierzcie mi lub nie, ale ten post powstawał przez dwa tygodnie! DWA TYGODNIE! Zupełnie nie miałam weny na jakiekolwiek pisanie, jedno zdanie tworzyłam nawet przez kilka godzin, klnąc w myślach, że "piszesz durniu o dawaniu z siebie wszystkiego, a nie potrafisz wykrzesać jakiejkolwiek inwencji w napisaniu krótkiego wpisu..."  - no właśnie nie chciałam napisać czegoś na pół gwizdka, chciałam podzielić się z Wami tym, co właśnie odczuwam w głębi serca. I pomimo, że trwało wieki - udało mi się :)

 




foto: unsplash.com