piątek, 31 lipca 2015

o miłości słów kilka...






Co ja tam mogę wiedzieć o miłości?! 
Przecież jestem tylko dziewczyną w poszarpanych dżinach i wykoślawionych trampkach...

Jest ostatni dzień lipca. Prawdopodobnie jeden z najbardziej zimnych, dołujących i nudnych dni w roku. Okay, przesadziłam. Tego lata. Prawdopodobnie urlopowicze, którzy przyjechali nad Bałtyk przeklinają właśnie moment, w którym zaplanowali wakacje nad polskim morzem. Prawdopodobnie już nie co drugi, a każdy Polak rozmawia dziś o pogodzie. A ja lubię taką pogodę! Jesienna słota :) Rano nawet poczułam jakby był wczesny grudzień i przedświąteczna atmosfera w powietrzu :) 
A! I żebym nie zapomniała napisać, że spałam dziś w skarpetkach. W lipcu normalnie.
  

Piątek. 10:35. Temperatura: 12 stopni. Deszcz. 

W ten smutaśny, ponury dzień ludzie zapewne i myśli mają ponure, więc na przekór ja od rana chodzę całkiem roześmiana :) (dobra, tak napisałam, bo mi się do rymu świetnie ułożyło). A tak na poważnie - rozmyślam o miłości. Natchniona oczywiście nowym postem Agnieszki Maciąg wyprostowałam się, wzięłam głęboki oddech i poczułam się natchniona do... kochania! 

Miłość do siebie odkopałam z czeluści swojego serca już jakiś czas temu, swoją drogą niesamowicie oczyszczające uczucie! Zaczynasz normalnie w końcu siebie traktować, kochać swoje ciało, nawet z tymi mankamentami, które ma. Chcesz jeść tylko dobre jedzenie, takie które dopieści nie tylko zmysły, ale też skórę, wszystkie tkanki i organy. Potem chcesz być wdzięczna za to, że tyle dobra daje ci otaczający świat. W końcu postanawiasz trochę tego dobra przekazać, a kiedy orientujesz się, że wraca z nawiązką - dajesz śmielej, więcej. To właśnie miłość! 

Nie trzeba dowodów, wiary w cuda czy w "niewiadomoco". Nie trzeba mieć boga w sercu, obietnic ani wyrzeczeń. Wystarczy poznać prawdziwą miłość, wpuścić ją do serca, pielęgnować i podawać dalej. 

Kiedy kochamy, po jakimś czasie puka do nas szczęście. Jest owocem miłości - bez względu na to w jakiej postaci się pojawia, cieszmy się nim i szanujmy. 
Ostatnio siedząc przy stole z bliskimi, lekko sfrustrowany pewnymi realiami życia w naszym kraju mój szwagier, w odpowiedzi na moje pytanie "a ty nie jesteś szczęśliwy?" odpowiedział z ironią w głosie: "pokaż mi choć jedną osobę szczęśliwą" - bez chwili namysłu podniosłam rękę. Na samo hasło "szczęście" czuję przypływ pewności siebie i miłości do siebie. 
Tego samego życzę Wam w ten deszczowy, zimny piątek!





foto: my instagram

wtorek, 28 lipca 2015

#SPM: Dlaczego Barcelona?





Ktoś, kto bywa od czasu do czasu między kompletnie obcymi ludźmi, w zupełnie obcym kraju, przyzna mi chyba rację, że dopiero wtedy tak naprawdę odkrywa samego siebie, odczuwa wszystkimi zmysłami. 
Po długich miesiącach pracy, rutyny i wiercenia się we własnej strefie komfortu przychodzi czas na chillout, na beztroski luz i ładowanie wewnętrznych akumulatorów. 

Swoje baterie spontanicznie postanowiłam naładować w przepięknej Barcelonie. Potrzebowałam znaleźć się wśród ludzi, a Hiszpania wydała mi się idealnym miejscem. Na wyjazd wcale nie musiałam namawiać mojej serdecznej przyjaciółki - M. - wystarczyło hasło "Barcelona" i już kupowała bilety na samolot :)


Nie miałyśmy wątpliwości co do miejsca, które chcemy odwiedzić. Obie nie należymy do osób, które całymi dniami mogą leżeć na plaży i słodko leniuchować. Byłyśmy głodne kultury. Głodne sztuki. Głodne architektury i ludzi ( w sensie merytorycznym, rzecz jasna). Barcelona ma wszystko, o czym marzyłyśmy:


1. Sztuka.


Na każdym kroku, za każdym rogiem czai się ktoś, kto gra, śpiewa,  rysuje, maluje... Miałyśmy to szczęście, że pokój wynajęłyśmy w dość artystycznej dzielnicy niedaleko stacji metra Fontana, gdzie znajdują się małe galeryjki z obrazami, sklepiki z rękodziełem i studia tatuażu. 

Barcelona ma wiele do zaoferowania - muzea, galerie, teatry, musicale, budynki projektu Gaudiego. Niniejszym chciałabym wyróżnić miejsca, które przyczyniły się do tego, by o nich myśleć i rozmawiać jeszcze długo po zwiedzeniu:
Muzeum Sztuki Współczesnej MACBA - wystawa wywarła na mnie ogromne wrażenie, 
oraz Museu Picasso - muzeum prezentujące ogromną kolekcję obrazów artysty. Imponujące.

2. Architektura.


Oprócz przechadzania się między przepięknymi kamienicami w dzielnicy Barri Gotic, tworzącymi bardzo romantyczny klimat, w Barcelonie zwiedzić można również monumentalne budowle, takie jak: Casa BatlloCasa MilaCasa BrunoPałac GuellCatedral de BarcelonaSagrada FamiliaSanktuarium na Wzgórzach TibidaboTorre AgbarMuzeum Narodowe, oraz wiele innych...


3. Parki.


Jako że uwielbiam obcować z przyrodą, nie mogłam darować sobie takich miejsc jak przepiękny Park GuellŻydowskie Wzgórze czy Parc de la Ciutadella.


4. Plaże.


Plaża, dzika plaża... O tę dzikość trudno jednak w samej Barcelonie - na plaży niedaleko centrum miasta prężą się w promieniach słońca ciała turystów, jest na co popatrzeć ;)

Jeśli jednak ktoś nie przepada za tłumem na plaży to wystarcz czmychnąć metrem na mniej zaludnioną Playa de Badalona - tu poza miejscowymi palmami wypoczywają również miejscowi ludzie. Jest cudnie. 

5. Ludzie.


No właśnie, ludzie. Od razu po przyjeździe do Barcelony dało się zauważyć, że Katalończycy prowadzą wychilloutowany tryb życia. Nie czuć pośpiechu na ulicach, na wszystko jest czas. Panuje między nimi mega pozytywna energia! Nie narzekają na pogodę (co u nas jest na porządku dziennym), mimo uporczywych upałów przez cały dzień wyglądają świeżo (nie to co my - spocone turystki :D), chętnie pomagają turystom, nawet nie będąc proszonym o pomoc. O dziwo, wraz z M. zamiast oglądać się za przystojnymi Hiszpanami, nie mogłyśmy oderwać wzroku od pięknych Hiszpanek! Są przepiękne, świetnie ubrane i szczupłe! Do zakochania!


6. Jedzenie.


Kuchnia katalońska trafia akurat w mój gust, poza typowymi hiszpańskimi tapas, wspaniałym winem, zachwyciłam się również miejscowymi słodkościami oraz pieczywem, pycha! A dla tych, którzy pożerają również wzrokiem - konieczna wizyta na słynnym targu La Boqueria!


7. Imprezy.


Tu wystarczy jedno zdanie: Barcelona nigdy nie śpi. :)


8. Nie obyło się jednak bez rozczarowania:


Ten punkt musiał pojawić się w dzisiejszym poście. Planując urlop w Barcelonie nie da się nie zaplanować wypadu do Camp Nou, nie będąc nawet kibicem FC Barcelony. Bazując dotychczas na zdjęciach z internetu, bardzo rozczarowałyśmy się widokiem stadionu na żywo. Na usta cisnęło się jedno: kupa betonu. I tyle. Wieczorem stadion jest tak mizernie oświetlony, że nie udało nam się zrobić porządnego zdjęcia, może to i lepiej.

Drugim rozczarowaniem była Font Màgica de Montjuïc, która urzeka turystów podczas pokazów typu "woda - światło - dźwięk". Nas nie urzekła. Może dlatego, że za podkład muzyczny posłużyły hity muzyki pop, jakoś nie załapałam klimatu. Oczekiwałam chyba muzyki klasycznej, operowej. Stanowczo podobny pokaz w parku Planten un Blomen w Hamburgu robi o wiele większe wrażenie.

Podsumowując: Barcelonę zwiedza się fantastycznie zarówno w dzień, jak i w nocy. W podziemiach czekanie na metro umilają dźwięki akordeonu w rytmach "Bailando" Iglesiasa, a w kolejce po bilet do muzeum (który można również kupić online, co jest wygodniejszą opcją) można pokołysać się do hiszpańskich rytmów granych na gitarze i bębnach. 


Rekomendacja należy się oczywiście Martynie i Adrianowi, którzy udostępnili nam pokój w pięknej dzielnicy Barcelony, dla zainteresowanych kontakt: Noclegi w Barcelonie.


Jeśli zamierzacie w niedalekim czasie zwiedzić to piękne miasto, chętnie podzielę się wskazówkami dla świeżo upieczonego turysty ;) 





foto: privat







wtorek, 14 lipca 2015

Pięć grzechów głównych

Pytacie mnie coraz częściej o kilka faktów na mój temat, dziękuję Wam za zainteresowanie ;) Nie potrafię jednak opisać siebie w podpunktach typu: "dziesięć faktów na mój temat" czy "pięćdziesiąt rzeczy, których o mnie nie wiecie"  bo chyba nie doliczyłabym się ilości dziwnych pomysłów, krążących po moim małym móżdżku, podejrzewam, że sama nawet nie jestem w stanie okiełznać "faktów na swój temat". 
Co innego z grzeszkami, popełnianymi przeze mnie ^^ :

Grzeszek #1: Co jakiś czas, w ukryciu niemal, z wypiekami na twarzy oglądam " Tres metros sobre el cielo" oraz " Tengo ganas de ti"  - hiszpańskie, ckliwe i durne melodramaty o gówniarskiej miłości, zdradzie i innych takich dyrdymałach. Czuję się wtedy jak jędrna szesnastka, marząca o takiej miłości (a raczej o takim lovelasie :D). Młodości, trwaj! (swoją drogą, ciekawe kiedy mi przejdzie...?)

Grzeszek#2: Jak już jestem przy miłosnych dyrdymałach, to nie będzie dla niektórych czytających mnie tajemnicą, że namiętnie oglądam "Dirty Dancing" tudzież "Wirujący seks". Podczas gotowania, podczas sprzątania, podczas lotu samolotem, podczas jazdy samochodem, podczas dołów i radości. Tylko nie podczas seksu. Finito.

Grzeszek #3: Masło orzechowe. My love. My life. O każdej porze dnia lub nocy. Nawet z suchą krakowską.

Grzeszek #4: Lubię podglądać sąsiadów znad przeciwka. W końcu jestę polakię. No, ale nie posiadam firanki. Damn!

Grzeszek #5: Jadąc gdziekolwiek samochodem śpiewam. To znaczy... drę się, bo śpiewem tego bym raczej nie nazwała, raz nawet zapomniałam, że mam otwarte okna i stoję na światłach. Czekam tylko aż głos z głośników z nutą frustracji każe mi się w końcu zamknąć.

Więcej grzechów nie pamiętam (a raczej nie chciałabym). Sama chętnie dowiem się czegoś na temat Was, odwiedzających mnie tutaj, więc śmiało!

środa, 8 lipca 2015

#SPM: Dlaczego Köln?







Komuś, kto miał okazję mieszkać w Hamburgu, niełatwo przyczepić jakiemukolwiek innemu europejskiemu miastu etykietę z napisem "ładne". 
Hamburg jest piękny - fakt, ale o tym to ja pisałam w tym krótkim poście

Dziś będzie o Köln. Albo o Kolonii, jak kto woli. Nie żebym się uparła akurat na niemieckie miasta - wiele osób twierdzi, że nie przepada za Niemcami. Też długo nie przepadałam, ale jako że miłość od pierwszego wejrzenia zdarzyła mi się tylko raz w życiu (i tak nie przetrwała) to śmiem sądzić, że prawdziwej miłości trzeba cierpliwie doczekać - przynajmniej w moim skromnym przypadku - tak też było z tym pięknym krajem. Dobra, Dominik, do rzeczy!

Köln.

Na początku zaznaczam, że piszę kompletnie z subiektywnego spojrzenia na sprawę. Wiele osób, zapytanych o to miasto bez większego entuzjazmu odpowiada, że "nic specjalnego". Jedna katedra, jedna rzeka, jedna starówka i tyle. Rzeczywiście brzmi zwyczajnie. Z doświadczenia wiem, że nowe miejsce należy poczuć, a nie tylko pooglądać, zwiedzić. Köln to ja poczułam pełną gębą. Oczarowało mnie wieczorową porą, kiedy podziwiałam architekturę mieniącą się w setkach odcieni świateł, odbijających się w tafli wody przepięknego Renu. Spacerując po słynnym moście kolejowym, przecinającym Ren oglądałam tysiące kłódek przyczepionych do niego (najstarsze, które udało mi się spostrzec były z lat 70-tych ubiegłego wieku!), wyobrażając sobie chwile, w których wszyscy ci zakochani ludzie przypinali je symbolicznie w imię miłości. W takiej romantycznej atmosferze dotarłam w końcu do katedry - imponującej, wręcz zapierającej dech w piersiach gotyckiej budowli (jej budowa trwała w latach 1248-1880). Stoisz tam po prostu z głową zadartą do góry, próbując ogarnąć ogrom tej świątyni i trud pracy włożony w nią! Wrażenie jest niesamowite, a najgorsze jest to, że żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać wspaniałości tego miejsca, choćbyś napstrykał się sto razy. 

Z katedry, starówką można przejść spacerkiem, podziwiając przepiękne kamienice, utrzymane w słynnym, niemieckim porządku, zajadając gorące kasztany sprzedawane na straganie w wąskich uliczkach. 

W Kolonii oprócz zwiedzania, można się oczywiście dobrze zabawić. To miasto, niczym New York, nigdy nie śpi. Friesenplatz - ta część miasta z całą pewnością nie da pospać i śmiało mogę napisać, że fantastycznie tu zjesz i jeszcze fantastyczniej się pobawisz, koniecznie popijając Kölsch - regionalne, zimne piwko. 
Jeśli jednak nie przepadasz za piwkiem, to z czystym sumieniem mogę polecić zwiedzenie Muzeum Czekolady, w którym sama poczułam się jak mały Charlie :) słodkie pyszności!

Nie chciałabym dalej rozpisywać się tu w rodzaju "Superprzewodnik - zwiedź Köln w trzy dni", pokazując Wam listę kolejnych muzeów czy restauracji, w których dobrze zjecie, bo to wieje nudą. 
Chciałabym Was jednak zachęcić do tego, aby tu przyjechać (przylecieć - połączenia są mega tanie i mega dobre) i poczuć ten wspaniały klimat zarówno za dnia jak i w nocy ;)

Do tego miasta mam pewien sentyment, bo właśnie tu przeżyłam wspaniałe chwile, do których wracam myślami za każdym razem, kiedy tu jestem. Uwielbiam.




foto: privat










wtorek, 7 lipca 2015

Zatracenie








Przyznam szczerze, że tak bardzo zatraciłam się w przepięknej aurze lata, że nie zaglądałam do Was od dłuższego czasu. 
Nie znaczy to, że o Was nie myślę - wręcz przeciwnie! Myślę sobie ostatnio jak bardzo kocham ludzi, kocham życie i kocham siebie! W moim ciele ostatnimi czasy zamieszkały miliony endorfin - skrzydlate, małe, błękitne stworki (nic nie poradzę, wyobraźnia działa), które uroczo łechtają mnie po duszy. 

Czytam inspirujące książki, słucham przepięknej muzyki, patrzę na cudowne fotografie i spotykam niesamowitych ludzi, od których bije tyle pozytywnych emocji, że chciałoby się tańczyć. 
Wspominając własne lęki, stany depresyjne i bezsilność - towarzyszące mi w ubiegłym roku - wreszcie czuję, że to już dawno poza mną i z uniesioną głową oraz uśmiechem na twarzy pewnie idę przed siebie, nie oglądając się wstecz. 

Przed tygodniem skończyłam mój upragniony wiek 
(trzydziestka, juhu!) i nareszcie czuję, że moje życie zmierza we właściwym kierunku. Ze spokojem w sercu i w głowie śmiało mogę sobie życzyć miłości, nareszcie czuję, że jestem na nią gotowa...

I Wam, Kochani, również tego życzę! 



foto: my instagram